Dąb Pamięci: odnaleziony ślad

    0

    – Dzień dobry, nazywam się Stanisław Kaniewicz, jestem wnukiem majora Stanisława Kaniewicza – telefon z Łodzi przyprawił o dreszcz emocji. – Na portalu Swidnica24.pl pod datą 28 września odnalazłem informację o moim dziadku, którego historię znam jedynie ze szczątkowych przekazów rodzinnych, a dotychczasowe poszukiwania nowych wiadomości nie przynosiły efektów. Tymczasem tu, na Dolnym Śląsku odnalazłem ślad, który niebywale mnie zaskoczył. Wnuk zamordowanego w Katyniu majora nie miał pojęcia, że w Pszennie koło Świdnicy dębem pamięci uczczono jego dziadka. Gimnazjum w Pszennie nie wiedziało, że oficer, którego pamięć społeczność szkolna postanowiła zachować dla następnych pokoleń, ma rodzinę.

    W 2008 roku o sadzenie Dębów Pamięci zaapelował tragicznie zmarły w katastrofie smoleńskiej ojciec Józef Jońca ze Stowarzyszenia Parafiada. Idea zakładała, że drzewa wraz z tablicami będą upamiętniać każdą ofiarę stalinowskiego mordu na polskich oficerach z Katynia, Miednoje, Tweru i Charkowa. O wyborze miejsca najczęściej współdecydowały rodziny pomordowanych. – W naszej miejscowości nie było nikogo, o kim wiedzielibyśmy, że stracił bliską osobę w Katyniu. –mówi Zbigniew Janus, dyrektor Gimnazjum w Pszennie. – Poprosiliśmy więc o wybór “z listy”, by zasadzić dąb temu, o którego pamięć nie może zadbać rodzina, bo być może jej już po prostu nie ma. Wybór padł na Stanisława Kaniewicza. Kim był? Kapitan rezerwy Stanisław Kaniewicz, syn Wawrzyńca i Marii z Horoniców, ur. 11.05.1888 r. w Mościskach. Żonaty z Jadwigą z Wicijewskich, miał syna. Lekarz weterynarii. Brał udział w walkach w 1918 i w wojnie 1920 jako ochotnik 1 pułku artylerii polowej. Walczył pod Lwowem i Gródkiem Jagiellońskim. Odznaczony Gwiazdą Przemyśla i Odznaką Honorową „Orlęta”. Lekarz weterynarii Garnizonu Łuck. W 1921 r. mianowany do stopnia kapitana. W 1940 r. zamordowany w Katyniu przez NKWD strzałem w tył głowy. Pośmiertnie – w roku 2007 – Stanisław Kaniewicz został awansowany do stopnia majora.

    – Nie miałem pojęcia, że dziadek został pośmiertnie awansowany. – przyznaje wnuk Stanisław Kaniewicz. – Obudziła się we mnie nadzieja, że jeśli ktoś na drugim krańcu Polski zebrał tak rzeczowe informacje, to być może gdzieś w archiwach zapisane jest coś więcej. A może tu, koło Świdnicy ktoś dziadka znał? Niewykluczone, że pomocna okaże się Dolnośląska Rodzina Katyńska. Gimnazjum i pan Stanisław już są po rozmowie i na wiosnę planują spotkanie. Być może uda się wspólnie poszukać kolejnych informacji.

    – Babcia Jadwiga była osoba bardzo skrytą. Zmarła 10 lat temu i do końca nie opowiedziała nam wszystkiego, co na pewno wiedziała o o dziadku.Przez długi czas wspominanie, że w rodzinie był sanacyjny oficer, było tez po prostu niebezpieczne. – opowiada pan Stanisław. – Oboje mieszkali w Łodzi. On kilkanaście lat starszy, ona młodziutka córka notariusza. To musiała być wielka miłość, bo babcia nigdy powtórnie nie wyszła za mąż. Jestem przekonany, że dziadek był wyjątkowym człowiekiem. Przede wszystkim dlatego, że kochał zwierzęta i dla nich jako weterynarz poświęcił życie. Babcia opowiadała, że zawsze towarzyszył mu owczarek niemiecki. Zresztą na dwóch zdjęciach, które widziałem jako dziecko, był właśnie ze zwierzętami. Ostatnia fotografia została wykonana na ulicy Radwańskiej w Łodzi we wrześniu 1939 roku, gdy pułk dziadka wyruszał na wojnę. Niestety, przepadła.

    W rodzinie Kaniewiczów na pamiątkę dziadka wszyscy chłopcy otrzymują imię Stanisław. – Gdy urodziło się moje jedyne dziecko, też chciałem dać mu takie imię, ale żona kazała mi się przebiec dwa razy dookoła domu i ochłonąć. Bo to jest córka…  – śmieje się pan Stanisław. Katarzyna dziś wspiera ojca w poszukiwaniach informacji o rodzinie. – W Polsce jest niespełna setka osób o nazwisku Kaniewicz. Może są wśród nich moi wujowie bądź ciotki? – zastanawia się  pan Stanisław i zapowiada, że gdy tylko przejdzie na emeryturę, zajmie się porządnie badaniami nad historią najbliższych. Na razie ograniczają go obowiązki zawodowe (pracuje w Głównym Urzędzie Statystycznym w Łodzi). – Jestem winien odtworzenie tej historii mojemu dziś 86-letniemu schorowanemu ojcu i przyszłym wnukom. I sobie samemu.

    Agnieszka Szymkiewicz