Strona główna 0_Slider Kulisy samorządu: Radny-widmo

Kulisy samorządu: Radny-widmo

0

Zgodnie z kodeksem wyborczym prawo wybieralności w gminie ma tylko ten, kto ma prawo wybierania. A prawo wybierania ma tylko mieszkaniec. Przepisy wskazują, że do ubiegania się o mandat radnego nie wystarczy samo zameldowanie, trzeba jeszcze mieszkać w tej gminie. Radny, który się przeprowadza, powinien złożyć mandat. Tyle teoria.

O samorządowcach, którzy udają, że nadal mieszkają w danej gminie (bo na przykład nadal mają tu mieszkanie i meldunek), ale praktycznie całe swoje życie przenieśli do pobudowanego domku na wsi w zupełnie innej gminie pisze w kolejnym odcinku bloga „Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy”, były samorządowiec i urzędnik. A jakie to ma znaczenie dla wyborcy?

RADNY-WIDMO

Meldunek jest.
A gdzie radny?
Można być radnym gminy, mieszkać w niej… i właściwie w niej nie być. Brzmi dziwnie?

A jednak. Wystarczy adres. Meldunek. Spełniony wymóg formalny. I już można powiedzieć:
„Jestem stąd. Reprezentuję was”.

Tylko że między „jestem zameldowany” a „żyję sprawami tej wspólnoty” jest całkiem spora różnica. Bo radny to nie figurka przypięta do konkretnego okręgu na mapie. To nie jest funkcja wykonywana wyłącznie w dniu sesji. Nie wystarczy przyjechać, podpisać listę obecności, nacisnąć przycisk podczas głosowania i ruszyć z powrotem.

Reklama

Radny powinien wiedzieć, co dzieje się w jego okręgu. Powinien znać problemy mieszkańców. Powinien wiedzieć, że droga jest dziurawa nie dlatego, że ktoś mu o tym napisał na Messengerze, ale dlatego, że sam tą drogą jeździ. Powinien wiedzieć, że szkoła ma problem nie dlatego, że dostał dokument przed sesją, ale dlatego, że rozmawiał z rodzicami. Powinien znać ludzi, których reprezentuje.

Bo mandat radnego nie jest biletem miesięcznym na sesję.

I tutaj pojawia się pewien kłopot.
Można bowiem mieć radnego „na papierze”, a nie mieć radnego w praktyce. Formalnie wszystko się zgadza. Adres jest. Mandat jest.
Dieta jest. Nawet radny jest. Tylko mieszkańcy zaczynają się zastanawiać kiedy właściwie jest z nami?

Nie chodzi oczywiście o to, żeby radny siedział codziennie na ławce pod sklepem i prowadził monitoring gminy. Nie każdy musi pracować w swojej miejscowości.

Nie każdy musi być dostępny 24 godziny na dobę, mieszkać pięć metrów od urzędu. Ale czym innym jest życie poza gminą, a czym innym oderwanie od wspólnoty, którą ma się reprezentować.

Radny nie jest przedstawicielem własnego adresu. Jest przedstawicielem mieszkańców.

I dlatego warto zapytać. Czy znamy swoich radnych? Czy oni znają nas? Czy wiedzą, czym żyje ich okręg? Czy można ich spotkać nie tylko podczas kampanii i sesji? Czy wiedzą, czego mieszkańcy oczekują? Czy pojawiają się wtedy, kiedy trzeba rozwiązać problem, a nie tylko wtedy, kiedy trzeba zagłosować?

Bo można być mieszkańcem gminy przez pięć lat. Można też być mieszkańcem gminy głównie na papierze. A między jednym a drugim jest dokładnie to, co powinno interesować wyborców najbardziej. Codzienna obecność w życiu wspólnoty.

I żeby było jasne. Tekst nie jest historią konkretnego radnego.
To historia zjawiska brzmiąca podejrzanie znajomo? Cóż…
Jak mawiają niektórzy rodacy:
„To są fakty autentyczne”.

A ja dodam od siebie. Meldunek daje adres. Mandat daje uprawnienia. Dieta daje pieniądze.
Ale dopiero obecność daje mieszkańcom radnego.

/Źródło: „Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy”/

Reklama
Poprzedni artykułŚwidnica wczoraj i dziś. Plac Grunwaldzki