Strona główna Magazyn Kino Idziemy do kina: Spotlight

Idziemy do kina: Spotlight

0

„Spotlight” podejmuje naprawdę drażliwy, nieprzyjemny temat. Mówi o rzeczach, o których niewielu chce rozmyślać i dotyka problemów stanowiących swego rodzaju tabu. Jednak Tom McCarthy, reżyser produkcji, unika prostego szokowania i łopatologii, pozwala wybrzmieć opowieści, kreując obraz zarówno przystępny, jak i niezwykle merytoryczny, naładowany faktami, poszlakami i nazwiskami.

spotlight

Otrzymujemy bogatą, rozpiętą na przestrzeni miesięcy historię dziennikarzy, badających kwestię pedofilii wśród kleru. Żmudny proces odkrywania prawdy, odnajdowania ofiar molestowania i odpowiedzialnych za to księży zawarto w świetnie napisanych, wypełniających każdą scenę dialogach, powalających naturalnością przepływu informacji. Powoli dowiadujemy się o skali owego zjawiska, jego różnych aspektach i statystykach, a przy tym wtłaczane fakty nie wynikają z nienawiści twórców do Kościoła, a z konkretnej chęci przekazania niewygodnych zdarzeń. Nie otrzymamy więc jednoznaczności w postrzeganiu Boga, ale po raz kolejny zderzymy się ze zróżnicowanymi poglądami i opiniami – ten obiektywizm wspaniale komponuje się z dziennikarskim środowiskiem, w którego kręgach film się obraca. Uniknięto łatwych rozwiązań, czy sprecyzowanego stanowiska i przedstawiono szerokie spektrum przekonań oraz obserwacji.

Każda postać to bowiem inny zbiór doświadczeń, dlatego interakcje między nimi to angażujące widowisko i wspaniała konfrontacja najróżniejszych zamiarów. Jednak ilość bohaterów i mnogość czynności, jakie wykonują może z początku dezorientować, toteż skupienie wydaje się kluczem do okiełznania całego projektu i docenienia delikatnych środków wyrazu. Owszem, nieco toporniejsze, bo podyktowane uświadamianiem widza momenty mają miejsce, lecz są to nieliczne, mało znaczące przypadki.

Świetnie spisała się także obsada, nadająca nawet trzecioplanowym personom wyraz i wlewająca w wymiany słów dynamikę i rytm napędzający dramatyzm. Właśnie kreacjami stoi ten obraz – stonowanym, opartym o subtelności studium charakteru. W szczególności Mark Ruffalo i Michael Keaton błyszczą na ekranie, każdy obierając odmienną ścieżkę. W pierwszym kotłuje się gniew i irytacja, drugi zaś ironizuje i utrzymuje zdrowy dystans. To ich relacja i coraz dobitniej zarysowany konflikt okazują się najciekawsze i one wywołują realne emocje.

Problemem pozostaje bardzo standardowa, ugrzeczniona warstwa wizualna. Jej prostota, schludność i pewien ascetyzm sprawnie kieruje atencję w stronę opowieści, natomiast nie wychodzi poza estetyczne opakowanie, nijak udoskonalające wrażenia. Jest w tym metoda, w końcu nie piękne widoki przyszliśmy podziwiać, ale brak jakiejkolwiek myśli przewodniej lub wizji artystycznej trochę zubaża całość. To jednak nadal sprawnie ukazana rzeczywistość.

Na pewno można się tu dopatrzeć krytyki całego Kościoła przez pryzmat dysfunkcyjnych jednostek, co oczywiście odbiera obiektywistyczny, dziennikarski wymiar filmu, ale ja postrzegam to jako jeden z punktów widzenia, głęboko zakorzeniony w światopoglądzie danego człowieka. Daleki jestem od myślenia, by twórcy poddali się okazji do niewyszukanej nagonki i sprowadzili niewątpliwie wartościowe dzieło do kolejnego, ateistycznego traktatu. Odczytuję „Spotlight” jako bezkompromisowy, odważny i inteligentny twór, piętnujący wiele zachowań, ale nadal szanujący wiarę i wierzących.

Kacper Poradzisz