Strona główna Magazyn Kino Idziemy do kina: Ave, Cezar

Idziemy do kina: Ave, Cezar

0

Z braćmi Coen zawsze miałem ten problem, że ich produkcje, choć osadzone w prostej, przyziemnej, namacalnej rzeczywistości, zawsze uciekają w raptowną abstrakcję. I tak, w „Bartonie Finku” otrzymujemy prawdziwy surrealizm w finale; w „To nie jest kraj dla starych ludzi” pod przykrywką precyzyjnych, pieczołowitych kadrów przemycane są sugestie odnośnie alternatywnych światów i antagonizmach między śmiercią a życiem, a w „Poważnym człowieku” dostajemy przewrotną, pokrętnie rozumianą księgę Hioba.

Ave cezar

Najtrudniejszą jednak kwestią pozostaje zrozumienie owego oniryzmu, który na tyle rozszerza postrzeganie obrazu, że nie zawsze możliwe jest jego poprawne odczytanie. Toteż, gdy w „Bracie, gdzie jesteś?” wspomniana na początku krowa na dachu wreszcie się pojawia, nie wiadomo, co myśleć. Może to tylko sposób na zdezorientowanie oglądającego? Może to symbol nie dający się zrozumieć? Może to tylko ironia.

Z „Ave, Cezar” jest natomiast nieco inaczej. Umiejscowienie tego filmu w hollywoodzkim świecie wydaje się odpowiednim, wystarczająco odrealnionym sposobem, by pomieścić groteskową, wysmakowaną wizję braci. Gdy historia rozrasta się o kolejnych bohaterów, o kolejne wątki, widz nie czuje się przytłoczony, gdyż wszystko nadchodzi bardzo naturalnie, nadając lekkiej, karykaturalnej opowieści ciąg przyczynowo skutkowy. Otrzymany na początku punkt zaczepienia okazuje się wspaniałym rozwiązaniem, by późniejsze sekwencje mogły zaskakiwać, ale nie dezorientować.

Większa świadomość wtłaczanej ironii, czy zrozumienie dla mniej lub bardziej oczywistych rozwiązań pozwala widzowi na głębszą analizę postaci. Te, wsadzone w wywrotową farsę o porwaniu, komunistach i kulisach tworzenia ogromnych kinowych przebojów, z pozoru zapewnić mają jedynie okazjonalne, bo spowodowane subtelnym humorem rozbawienie, lecz gdy wizualne nawiązanie do „Bartona Finka” nadchodzi, dostajemy niemal bezpośredni sygnał, że to wyłącznie kolorowa, mydląca oczy fasada. Również w innych scenach pęka owa kurtyna i na wierzch przedostają się odmienne, nie pasujące do wydźwięku całości emocje. Także delikatne, choć widoczne ukazywanie aktorów jako waluty lub figur muszących spełnić określone warunki pozwala wysnuć prosty wniosek, że wszystko tu jest fałszywe.

Innym charakterystycznym elementem twórczości braci Coen są ich częste, religijne nawiązania. „Ave, Cezar” po raz kolejny dostarcza najróżniejsze perspektywy w postrzeganiu Jezusa, religijności, czy wiary. Raz przybiera to formę prostego komizmu, by następnie w podniosłych, nieco pompatycznych stwierdzeniach nadto gloryfikować Chrześcijaństwo, na powrót przekłuwając wcześniejsze deklaracje. Ostatecznie, twórcy zręcznie odchodzą od łatwych konkluzji, podnosząc i obalając najróżniejsze myśli, od ekonomii po poświęcenie.

Jednak spoiwem tych skrajnych poglądów i opinii okazują się być wyborowi aktorzy. Ich kreacje, od niewielkich epizodów, po większe, ważniejsze role robią ogromne wrażenie. Każdy ma inny charakter, odznacza się czymś osobliwym, zapada w pamięć szczególną aparycją lub niecodziennym zachowaniem. Dzięki temu całość nabiera wyrazu, bo zarówno Josh Brolin na pierwszym planie, jak i Tilda Swinton ze swoją niewielką, podwójną rolą dają odczuć, że jest to dzieło dopięte na ostatni guzik.

Pięknym, bogatym dopełnieniem tej ironicznej opowieści są sekwencje kręcenia kolejnych filmów – od dramatów po musicale, każde kolejne spotkanie z następnym gatunkiem przynosi ciekawe, zabawne sytuacje lub drobne, zgryźliwe sugestie. Można odczuć przepych tworzenia podobnych, wysokobudżetowych produkcji oraz napięcia z nimi związanego. Trzeba zadbać o aktorów, budżet, scenografię, reżyserów oraz, przede wszystkim, morale na planie. Dawno nie zobaczyłem tak pięknej iluzji. Dawno nie zobaczyłem tak zmyślnego jej rozbrojenia.

Kacper Poradzisz