Strona główna Magazyn Kino Idziemy do kina: “Czerwony pająk”, czyli porządne straszenie

Idziemy do kina: “Czerwony pająk”, czyli porządne straszenie

0

Jak niewiele trzeba, by zbudować napięcie. Trochę postaci, parę dialogów i unoszący się gdzieś nad wszystkim młotek, zmierzający fatalistycznym kursem w stronę kolejnych ofiar. Brak tu ekstrawaganckich rozwiązań, nagłych zwrotów akcji, a mimo wszystko, sama konsekwencja i pieczołowitość wystarcza, by oglądało się to z rosnącym zaciekawieniem.

kadr z filmu Czerwony Pająk

Marcin Koszałka oddaje nam twór doprawdy przedziwny – oparty o proste (nawet schematyczne) motywacje, zbudowany ze znajomych motywów, a jednocześnie sprytnie umykający jakiemukolwiek zaszufladkowaniu. Nie da się go odczytywać jako film stricte psychologiczny; trudno też patrzeć na niego jak na rasowy thriller, a jednak przeplatając różne poetyki nie zagubiono tu wyrazistej, skondensowanej historii o fascynacji złem.

Główny bohater, będący świadkiem morderstwa postanawia poznać tożsamość sprawcy i relacja, w jaką później wdają się obydwaj przybiera najróżniejsze, skrajne oblicza. Jest w tym czysto ludzka ciekawość, żądza zaspokojenia jakichś niezrozumiałych potrzeb, czy nawet odkrywanie w sobie nowych pierwotnych instynktów, nieodgadnionych sfer. Kierunek, w który zmierza całość nieraz zaskoczy impulsywnością, prostą, niewyszukaną erupcją emocji, tu przybierającą formę irracjonalnych decyzji i brutalnych interwencji.

Brak w zachowaniu bohaterów wyższych pobudek, film nawet nie stara się, by nadać bezcelowej przemocy, behawioralnemu bezsensowi jakiejś idei, czy wpisać to w szerszy kontekst. Dostajemy szczątkowe poszlaki, wąską perspektywę i z tą nikłą wiedzą jesteśmy prowadzeni przez fabularne zawirowania. Jest w tym zresztą sporo racji, bo czy warto nadawać sens czemuś, co u samych podstaw nie ma racji bytu? Czy widz poczułby się lepiej, gdyby postacie ginęły w imię czegoś? Marcin Koszałka dobitnie akcentuje, że ubieranie w argumenty i przyczyny morderstwa wcale go nie odmienia – pozostawia oglądającego z surowym, szorstkim aktem nienawiści.

Równie trudna do zrozumienia jest motywacja głównego bohatera i jego niezdrowe zafascynowanie mordercą, praktykami. Może to być efektem nieco zaburzonej sytuacji w rodzinie, zbyt wysokich, niewygodnych wymagań rodziców, mentalnej pustki, czy posługując się prostszymi rozwiązaniami, choroby psychicznej. Nie zostaje udzielona konkretna odpowiedź, a subtelne wskazówki (często wplecione w obraz) nie pozwalają, aby cokolwiek sprecyzować. Taką interpretacyjną wolność zawsze bardzo ceniłem, jednak tutaj mnogość dróg, którymi można za reżyserem podążyć nie jest podyktowana niejednoznacznością obrazu, a po prostu ilością niedopowiedzeń.

Natomiast w kontekście całości lekkie rozwodnienie zupełnie traci na znaczeniu, bo czasu, aby rozmyślać nad potencjalnymi nieścisłościami i niedociągnięciami nie ma za wiele – po prostu trudno nie chłonąć tej historii całym sobą i napawać się naprawdę interesującym klimatem. Jeszcze nigdy półtorej godziny nie upłynęło mi tak szybko.
Być może jest to wynik bardzo wysmakowanych, atmosferycznych ujęć, które oplatają Kraków lat 60. nutą tajemniczości i pozwalają mu wybrzmieć bardziej niepokojącymi wizerunkami. Wyprano z niego energię i żywiołowość, by skupić się wyłącznie na obskurnych, zapomnianych elementach, co, z oczywistych względów, fantastycznie dopełnia historię. Taki portret Krakowa okazuje się być idealny do umiejscowienia w nim gorzkiej, przygnębiającej deklaracji o braku uczuć.

Przyznać trzeba także i zaznaczyć dosadnie, że dwaj główni aktorzy wspaniale wypełnili kadry, swoją delikatną aparycją brutalnie kontrastując popełniane przez nich czyny. Szczególne Adam Woronowicz w roli seryjnego mordercy zapadł mi w pamięć – jego spokojne, wyciszone rysy twarzy i miękki, empatyczny głos zyskują nową, dotąd mi nieznaną jakość, gdy skonfrontować to z charakterem postaci. Samo jej przedstawienie może przywodzić trochę na myśl stereotypowych, szalonych doktorów, tutaj jednak ten archetyp jest sprawnie przełamywany detalami, prostymi, zwyczajnymi sytuacjami pozwalającymi uwierzyć, że ponad wszystko jest człowiekiem (wyborna scena sprzątania po kolacji!).

Zasugerowałem ostatnio kolegom, że może wybralibyśmy się na „Czerwonego Pająka” razem i propozycja ta została skwitowana oburzonym „Na polski?!” – rozumianym jako skrajną niechęć do oglądania rodzimych produkcji. Sytuacja zupełnie mnie nie zdziwiła, w końcu sam przez wiele czasu odnosiłem jakość polskiej kinematografii jedynie do puszczanych taśmowo, bezrefleksyjnych komedyjek i postanowiłem więcej towarzystwa nie drażnić. Dziś jednak wszem i wobec obwieszczam, że oto w multipleksie, łatwo dostępnym i atrakcyjnym wizualnie, można obejrzeć prawdziwie wartościowy, udany film. Do tego jeszcze polski.

Kacper Poradzisz