Strona główna Magazyn Kino Idziemy do kina: Szatan w ludzkiej skórze

Idziemy do kina: Szatan w ludzkiej skórze

0

Z nurtu kina gangsterskiego wypączkowało mnóstwo arcydzieł, do teraz godnie zdobiących światową kinematografię i próba powiedzenia czegoś nowego w tym gatunku, jakkolwiek godna pochwały i zasługująca na uwagę, wydaje się być nie tyle niepotrzebna, bo przecież zawsze warto zobaczyć coś nowego, co po prostu niepewna, jak obietnica bez pokrycia. Być może tak piękna i bogata historia filmów opowiadających o mniejszych i większych przestępcach, w której na osi czasu, jak dęby, co chwila wyrastały kolejne osiągnięcia, skutecznie przyćmiewa współczesne bajania o nieposkromionych bandytach.

pakt

Kadr z filmu

Toteż „Pakt z diabłem”, który rysował się jako aktorski renesans JohnnegoDeppa miał zadanie mocno utrudnione, bo o ile nikt nie wymagał od Scotta Coopera, reżysera filmu, wielkiej wirtuozerii, mogącej się zmierzyć choćby z produkcjami Martina Scorsese, tak chyba każdy po cichu liczył, że zawieje zefir świeżości, a to już wystarczy, by oczekiwania przerosły twórcę. I faktycznie, mając w pamięci wcześniejsze dokonania mistrzów kina, oglądanie nowej inkarnacji poczciwego Deppa nie przynosi szczególnie wiele odkryć, ale bez ubierania seansu w konteksty i pryzmaty oraz przede wszystkim, jako doręczyciel dobrej zabawy, „Pakt z diabłem” staje się solidną, przyjemną rozrywką, kryjącą w zakamarkach trochę ludzkich emocji.

Na tapetę wzięty został życiorys Jamesa „Whiety” Bulgera, słynnego już bostońskiego kryminalisty, który swego czasu trzymał w ryzach całe miasto tylko dlatego, że FBI pozwoliło mu na zbyt swobodne działanie. Brzmi jak historia idealna na sfilmowanie i rzeczywiście, ta atrakcyjność leżąca u podstaw całej opowieści, spisana przez samo życie, staje się siłą napędową historii rozpisanej na zbyt wielu aktorów, rozciągniętej na zbyt długi okres czasu i starającej się zmieścić zbyt wiele dylematów, rozterek, czy innych problemów.

„Zbyt” to słowo klucz w przypadku jakiejkolwiek opinii o tym filmie. Zostajemy postawieni obok kilku różnych, nieraz zawiłych wątków, w których dostajemy kolejne postaci i kolejne cegiełki budujące główną oś fabularną, co czasem sprawia, na szczęście dzięki sprawnej reżyserii wyłącznie w kilku epizodach, że trudno zrozumieć, dlaczego bohaterowie znajdują się właśnie tu i robią właśnie to. Jednak jest to problem zgoła drugorzędny, bowiem takie panoptikum, przepych charakterów i cech srodze uogólnia i spłaszcza rysy psychologiczne, przez co łatwo każdego zdefiniować, zamknąć wszystkie emocje, ciężar życiowy w paru słowach, a są tu momenty, kiedy wewnętrzne walki naprawdę nabierają bardzo ludzkiego wymiaru, podyktowanego stłamszonymi odczuciami, a nie ściśle scenariuszowymi, zaplanowanymi „smutnymi” chwilami. Rzutuje to oczywiście na nasze zaangażowanie w opowieść, bowiem bez kontaktu z czymś człowieczym, namacalnym, odczuwalnym nie można się całkowicie zagłębić, rozpuścić czy współczuć. Chciałoby się lepiej poznać ten świat, te postacie, zrozumieć trochę więcej, zobaczyć jeszcze wyraźniej, bo te namiastki, choć niezadowalające, pozwalają na wsiąknięcie w inną rzeczywistość całkiem skutecznie.
Na pewno spory udział miała w tym także scenografia, bo ta okazała się mistrzem drugiego planu. Pomijam ucharakteryzowanego Deppa, bo on zdążył nas już przyzwyczaić do ekstrawaganckich przebieranek (choć podobieństwo do prawdziwej postaci jest łudzące), tak cała otoczka daje posmak klimatu tamtych czasów, leniwego oddechu bostońskich ulic i swego rodzaju swojskości, rodzinnej atmosfery. I nawet jeśli muzyka zupełnie nie dała rady, z trudem wypełniając nieliczne sceny, tak obraz dobrze poradził sobie bez niej, chociaż żałuję, że te dwa piękne środki wyrazu nie mogły wejść w lepszą, pełniejszą symbiozę.

To wszystko sprawnie spina JohnnyDepp, który tym razem, jakkolwiek dalece od wiarygodnego, w pełni ludzkiego portretowania swojej postaci, potrafił nadać jej sporo nieprzeniknionej tajemniczości, podskórnego napięcia, pewnego rodzaju magnetyzmu i charyzmy, która skutecznie intryguje, a z czasem przekształca się nawet w niepokój. Faktycznie, pewnym manieryzmem i nienaturalnym wyglądem odstaje od reszty, ale tym bardziej potęguje ciekawość, rozmytą nieco natłokiem środków i nazwisk, mile podsycaną niewinnym paradoksem – oto główną rolę w opowieści uszytej z rzeczywistości gra istota rodem z baśni. I to jest dobre.

Kacper Poradzisz