Strona główna Magazyn Kino Idziemy do kina: Intruz. Cisza ponad wszystko

Idziemy do kina: Intruz. Cisza ponad wszystko

0

Bardzo często narzekam na filmy, w których postacie mówią za dużo. Zazwyczaj w momentach, kiedy słowa wyjaśniają zbyt wiele lub odpowiedniejszą opcją byłoby ich pozbycie się, skupienie się na twarzach bohaterów, mimice i ekspresji. Kiedy nikt nie wypowiada kwestii, widz jest postawiony wobec bezwzględnej ciszy, którą może rozumieć na swój sposób, odkrywać w niej kolejne niuanse i subtelności.

Intruz

Postacie odarte ze zdań i wypowiedzi, automatycznie stają się zagadkami, obiektem analiz, kłębowiskiem gestów i drobnych sugestii, nadających kontekst kolejnym wydarzeniom, nienachalnie budujących stonowaną historię. Oczywiście, jeżeli tylko mamy odpowiednie podejście – równie dobrze, ktoś może przekształcić ciszę w nudę, a milczenie w pustkę, pozostawiając oglądającego z bezpłciowym efektem rzemieślnika. Niezdarność, czy nieporadność zbyt często niweczy nawet najlepsze idee i koncepcje.

Jednak debiut Magnusa von Horna daleki jest od nijakości, czy bezkształtności. Jego „Intruz” już na etapie zwiastuna intrygował klimatem i głównym bohaterem, zostawiając całą jego przeszłość w sferze domysłów. To dzieło zupełnie bezpretensjonalne, nie przymilające się, w głębi bardzo drapieżne i emocjonalne.

Zostajemy osadzeni w tej opowieści gdzieś w środku, bez żadnych wyjaśnień, bez żadnych podpowiedzi i drogowskazów, zostawieni sami sobie aż do napisów końcowych. Dzięki temu poznawanie wszystkich bohaterów, wyłapywanie w dialogach i spojrzeniach kolejnych cegiełek budujących tę wielopoziomową historię sprawia nie tyle satysfakcję, co rosnący niepokój. Powoli zaczynamy rozumieć, dlaczego protagonista jest tak wyciszony i wycofany, wraz z rozwojem fabuły nadajemy tym cechom inne źródła, zamiary czające się zaraz za maską obojętności. Przy czym odbywa się to w trakcie najzwyklejszych, szarych czynności, wpisane w ruchy, pozbawione upiększeń i nieraz wydłużane ponad miarę. Ważne jest, aby się temu poddać, nie szukać w tym symboli, rozrywki, ale, zwłaszcza patrząc przez pryzmat kończących obraz sekwencji, zauważać, jak konsekwentnie i delikatnie budowane są portrety psychologiczne, jak później szybko są zniekształcane, podsumowane. Zabieg, by ograniczyć środki formalne do niezbędnego minimum, jakim pozostaje obraz i (w bardzo małych ilościach) ruch kamery powoduje, że nasza uwaga zostaje przekierowana na zupełnie inne elementy, uwypuklone surowością krajobrazów i budynków. Po raz kolejny Szwecja przesiąka swoją atmosferą każdą minutę filmu, stając się niemym, wolnym od oceny obserwatorem.

Bardzo dobrze nakreślona zostaje bezradność szkoły wobec przemocy wśród uczniów. Opinie dyrektorki, jej polecenia i propozycje na początku wydają się być słuszne i odpowiednie, by później, skonfrontowane z prawdziwym problemem, okazać się nie wartą wspomnienia, wyuczoną formułką, blednącą w obliczu zagrożenia. Z łatwością można to odnieść do relacji w rodzinie głównego bohatera, gdzie misternie odbudowywana więź, łatanie rozdartych emocji, czy chęć normalnego funkcjonowania szybko przestają mieć znacznie w chwili niepewności oraz wątpliwości. Poświęcono dużo czasu, by precyzyjnie utworzyć obraz powoli wracającej do normy, najzwyczajniejszej rodziny, mogącej przezwyciężyć kryzys i poradzić sobie w najtrudniejszych sytuacjach tylko po to, by ostatecznie, w bardzo dosadny sposób, rozbić tę iluzję. Przy tym wszystkim von Horn nie robi tego nagle, siląc się na mocny, niespodziewany finał, ale cały czas podając mniejsze i większe wskazówki, jakby zapowiadając nadejście nieuchronnego, nadając nazwie bardzo smutny, nieprzyjemny wydźwięk.

Tutaj każdy ponad wszystko ceni sobie święty spokój, monotonię dnia powszechnego, zlewającego się w jedno z każdym innym i dążenie do tej harmonii, nawet kosztem osób i zaniedbań, zostaje świetnie ukazane, wychodzące mimowolnie, przez przypadek, sprawiające wrażenie czegoś naturalnego. Zamknięte, hermetyczne, sztywne społeczeństwo wydaje się być największą przeszkodą, złożoną ze wspomnień, naznaczeń, stereotypów i strachu. Oschłość, wyobcowanie i wrogość wiecznie towarzyszące protagoniście narasta z każdym kolejnym ujęciem, spojrzeniem i ruchem, zawężając pole manewru „Intruzowi” coraz bardziej, zaciskając się wokół niego, wypierając go, by ostatecznie rozmyć się w powietrzu wraz z zakończeniem, zostawić najstraszniejsze obrazy w głowie widza. Zastanawiam się, ile znalazłby tu socjolog, potrafiący zauważać pewne zjawiska i prawa rządzące ogółem – jak łatwo oskarża, piętnuje, wywiera wpływ, nacisk, czy wreszcie, może zniszczyć człowieka.

Dodatkowo, klimat wszechobecnej alienacji, osamotnienia potęgują niezwykle sugestywne, powściągliwe zdjęcia Piotra Żalanie pozwalające odetchnąć w nawet najbardziej prozaicznych, (z pozoru) zupełnie nieistotnych momentach. Bohaterowie często ukazywani są między framugami drzwi; wkładani w kolejne ograniczenia, zamknięci z własną bezsilnością, niemocą. Klaustrofobiczne portretowanie domów, przestrzeni zamkniętych kontrastuje z szerokimi planami na zewnątrz, gdzie natura przytłacza bezbronnych ludzi, jednocześnie zostając ostatnim miejscem mogącym pomieścić dylematy i wątpliwości. Dopieszczone kompozycje i sterylna, aseptyczna scenografia rekompensuje całkowity brak muzyki, co oczywiście dodaje wyrazu całej historii, nie chowającej się za pięknymi utworami, mogącymi przypadkiem rozcieńczyć emocje. Do tego reżyser pozostaje bezstronny, zupełnie nie ingeruje w nasze odczucia, nie nakierowuje na odpowiednie, podyktowane jego tokiem myślenia rozwiązanie; stoi z boku, podąża za bohaterami, odkrywa ich przeszłość, przyzwala na przemoc, niesprawiedliwość, ale nigdy nie ocenia słuszności tych wydarzeń, wszystkie wnioski oddając ludziom przed ekranem.

Zaskakujące, że taki narracyjny obiektywizm zupełnie nie utrudnia jakkolwiek emocjonalne podejście do opowieści. Nawet formalna asceza i uczucia tłamszone głęboko w bohaterach nie potrafiły zatrzeć prawdziwej tragedii rozgrywającej się między lapidarnymi zdaniami, rozżarzonej rany wewnątrz zimnej skorupy. To wszystko może wynikać ze szwedzkiej mentalności, skandynawskiej wrażliwości wpisanej w ciszę, ale równie dobrze może być przejmującą elegią o ludzkich odruchach.

Kacper Poradzisz