Strona główna Bez kategorii Gryphon: Oko za oko, ząb za ząb?

Gryphon: Oko za oko, ząb za ząb?

0

Do reklamówek wrzucali narzędzia, teczki, segregatory i półprodukty. Kilku byłych pracowników zakładu Gryphon w Świdnicy po spotkaniu z syndykiem próbowało wynieść z zakładu to, co da się szybko sprzedać. – Pracodawca nas okradł, to odbieramy chociaż część swojego – próbowali tłumaczyć. Po groźbie wezwania policji oddali wszystkie rzeczy.

Gryphon 1

– To, co robi właściciel Gryphona, to ciąg bandyckich aktów – nie owija w bawełnę Ryszard Skorupski, syndyk masy upadłościowej. – Nie tylko zostawił ludzi bez wypłat i unika wszelkich wezwań do sądu czy prokuratury, to jeszcze wniósł aportem majątek firmy, zarówno nieruchomości, jak i maszyny, do innych spółek. Robi wszystko, by nie wywiązać się z należności wobec załogi i wierzycieli. A te zaległości mogą sięgać nawet kilkudziesięciu milionów złotych.

Zakład produkujący materiały biurowe został otwarty w świdnickiej podstrefie ekonomicznej w 2006 roku. W listopadzie 2013 licząca kilkadziesiąt osób załoga zastała zamknięte drzwi. Ludzie byli informowani o przestoju. W styczniu 2014 roku było jasne, że zakład nie wznowi produkcji, ale pracownikom nikt nie wręczył wypowiedzeń i świadectw pracy. Dopiero po interwencji władz miasta prezes wystawił dokumenty, jednak nie wypłacił ani trzymiesięcznych pensji, ani odpraw. Należności sięgają w sumie pół miliona złotych. Na tym nie koniec. Jak się okazało, od 2011 roku właściciel nie odprowadzał składek do ZUS. W sumie należności urosły do prawie 2 milionów złotych. W tej sprawie zostało wszczęte postępowanie prokuratorskie, jednak szef firmy jest nieuchwytny dla policji. Mimo że funkcjonariusze nie potrafią go namierzyć i zatrzymać, nadal prowadzi działalność. M.in. zdążył majątek Gryphona wnieść aportem do innych spółek.

Gryphon

Na początku lipca sąd ogłosił upadłość Gryphona i wyznaczył syndyka. Załoga zobaczyła dla siebie nową szansę na odzyskanie należnych pieniędzy. Jak się jednak okazało, będzie to bardzo trudne. O tych trudnościach postanowił byłych pracowników powiadomić syndyk Ryszard Skorupski i zaprosił wszystkich na spotkanie w nieczynnym od miesięcy zakładzie. Jak tłumaczył, wypłacenie 3 miesięcznych pensji może nastąpić ze środków Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Jest jednak jeden warunek – muszą to być udokumentowane należności. Niemal cała załoga ma wyroki sądu, nakazujące wypłatę. To jednak za mało. – Wyroki zapadały w trybie zaocznym. Jeśli nie widnieje na nich udokumentowana na podstawie listy płac kwota, fundusz nie może uznać roszczenia – tłumaczył. – Stąd konieczne jest znalezienie dokumentów, poświadczających wysokość płacy dla każdej osoby od listopada do stycznia. Niestety, serwer w firmie jest pusty, nie ma żadnych wartościowych dokumentów. Nadzieją jest jeszcze drugi serwer we Wrocławiu. 

Część byłych pracowników, zwłaszcza z administracji, od początku wspiera syndyka i deklaruje daleko idącą pomoc w pozyskaniu dokumentów, a także w odnalezieniu dawnego pracodawcy. Może to być jednak bardzo trudne, bo prawdopodobnie listy płac przez kilka tygodni w ogóle nie powstawały. Na zgromadzenie materiałów syndyk i załoga mają czas do końca października.

Drugim wyjściem jest sprzedaż majątku. Załoga i ZUS są na pierwszych miejscach wśród wierzycieli. Tu jednak pojawił się kolejny problem. Właściciel nieruchomość i maszyny wniósł aportem do innych spółek. Jak tłumaczy syndyk, chce doprowadzić do “rozmydlenia” praw do majątku. – Złożyłem w sądzie wniosek o stwierdzenie bezskuteczności tych działań i jest pewne, że te transakcje będą nieważne. Wówczas będę mógł przystąpić do szacowania wartości i później wystawić zakład na sprzedaż. Wolą sądu jest znalezienie kupca na całość i ponowne uruchomienie produkcji – mówi Ryszard Skorupski. Nie wiadomo, jak długo potrwają procedury.

Gryphon 2

Te rzeczy kilka osób próbowało wynieść z zakładu.

Po spotkaniu syndyk wyraził zgodę na to, by ludzie zabrali prywatne rzeczy. Wielu z nich zostawiło w zakładzie okulary, odzież, a nawet rodzinne zdjęcia. Niestety, kilka osób postanowiło inaczej wykorzystać sytuację. Do reklamówek wrzucali narzędzia, segregatory, teczki. Przyłapani na tym procederze tłumaczyli, że nie wiadomo kiedy odzyskają swoje pieniądze, więc mają prawo zrobić to, co pracodawca zrobił wobec nich. Po groźbie wezwania policji  wszystko zwrócili. Pokłosiem tej sytuacji jest jednak decyzja syndyka o tym, by do porządkowania firmy nie zatrudniać byłych pracowników, choć miał taki zamiar. Wynajmie zewnętrzną firmę.

/asz/