Strona główna 112 Fryzjer kontra ZAiKS, czyli muzyka nie dla klientów

Fryzjer kontra ZAiKS, czyli muzyka nie dla klientów

19

Tysiąca złotych zaległych tantiem dla artystów żąda Stowarzyszenie Autorów ZAiKS od fryzjera. Przed Sądem Okręgowym w Świdnicy ruszył proces, w którym jako dowód mistrz nożyczek złożył 272 oświadczenia klientek o tym, że nie słuchają w jego zakładzie radia. Mimo że ono gra.

fryzjer

Marcin Węgrzynowski (na zdjęciu) prowadzi niewielki salon w Wałbrzychu. – Jedno pomieszczenie, wszystkiego 25 m2, żadnych uczniów, a cały personel to ja. Na ogół jestem sam z klientką, bo każdą panią umawiam na konkretną godzinę. Radio jest stare, na ogół ściszone albo zagłuszone przez suszarki. Jakie to rozpowszechnianie muzyki?  – denerwuje się fryzjer. Po raz pierwszy inspektorzy ZAiKS-u pojawili się u pana Marcina w styczniu zeszłego roku i zażądali na mocy ustawy  o prawach autorskich  wykupienia licencji i wnoszenia comiesięcznych opłat z tytułu tantiem dla muzyków. Fryzjer nie zgodził się, przekonując, że nie ma tu mowy o publicznym odtwarzaniu utworów. By nie było żadnych wątpliwości, wywiesił kartkę z apelem do klientek, by nie słuchały radia, bo dźwięki z niego płynące przeznaczone są tylko dla uszu personelu, czyli pana Marcina. – Nawet ja sam dobrze tego radia nie słyszę, bo przecież zajęty jestem układaniem fryzury, rozmową, doradzaniem – przekonuje właściciel salonu. – A od kontroli po prostu całkowicie je ściszam, gdy wchodzi klientka.

Tym, że nie dla radia i muzyki w nim puszczanej przychodzą do pana Marcina, świadczą same panie. Aż 272 z nich podpisały stosowne oświadczenia. – Sąd przyjmie ten dowód, jednak dla meritum nie ma on znaczenia, bo jest jasne, że do salonu fryzjerskiego nie przychodzi się dla radia – stwierdził prowadzący proces sędzia Jacek Szerer. – Rzecz idzie o problem prawny, czyli legalności pobierania tego typu opłat.

Sędzia  zobowiązał adwokatów obu stron do przygotowania memorandów w tej kwestii. Ale mecenas Krzysztof Zuber, reprezentujący ZAiKS, nie ma żadnych wątpliwości. – Podobnych spraw było już bardzo dużo i nie przypominam sobie swojej przegranej, bo prawo jest jasne. Każde odtwarzanie publiczne muzyki, czy to będzie w mini zakładzie fryzjerskim, czy w sklepie mięsnym, wiąże się z koniecznością wniesienia opłat od praw autorskich. Czy radio jest ściszone, czy na pełny regulator, też nie jest istotne. Ważne, że twórcy mają prawo do zapłaty za swoją pracę, a ZAiKS reprezentuje to prawo – tłumaczy.

– Absurdalny proces, absurdalne żądania – mówił na antenie Radia Wrocław Wojciech Czech, adwokat z Kielc, który w podobnej sprawie wygrał z ZAiKS-em w dwóch instancjach. – Stowarzyszenie wychodzi z założenia, że każde publiczne odtworzenie muzyki wpływa na zwiększenie obrotów firm i tym samym zarabiają na artystach.

Mecenas Czech udowodnił, że słuchanie muzyki nie miało żadnego wpływu na zainteresowanie klientów kielecką firmą. – ZAiKS z góry zakłada, że kto słucha muzyki, to kupi więcej, np. chipsów, cukierków czy napojów – stwierdza obrońca (wypowiedź z 2011 roku dla Echa Dnia) – W wyroku sąd ustalił, że nie każdy klient lubi dany rodzaj muzyki, która jest nadawana z radia. Dlatego twierdzenia, że miała ona wpływ na zwiększenie obrotów oskarżonych jest bezpodstawne. Orzeczenie w tej sprawie może być przydatne innym, którzy znajdują się w podobnej bądź nawet identycznej sytuacji.

– Żadnych korzyści z tytułu włączonego radia nie osiągam – rozkłada ręce pan Marcin. – Klientki przychodzą po ładną fryzurę, a nie dla muzyki! Poza tym płacę już abonament radiowy i nie widzę żadnego powodu, by wnosić jeszcze jakieś dodatkowe opłaty. O swoje racje będę walczył, nawet jeśli będę musiał iść do Trybunału Praw Człowieka.

Na rozstrzygnięcie procesu czekają Bogdan Dec i Stanisław Marzec z salonu fryzjerskiego na świdnickim Rynku. – My płacimy stowarzyszeniu STOART, 42 złote miesięcznie – mówią. – Nie pomogły tłumaczenia, że w naszym zakładzie jest tylko telewizor, płacimy już abonament radiowo-telewizyjny i opłatę za kablówkę, ani to, że na okrągło włączona jest stacja informacyjna, a tam przecież żadnej muzyki nie ma! Jak stwierdzili inspektorzy, muzyka jest w reklamach i to wystarczy. Przecież jasne jest, że klienci nie przychodzą do nas na telewizję, a po to, żeby się ostrzyc. To nie telewizor, a marka zakładu, istniejącego od wojny, ich do nas przyciąga – dodają ze śmiechem. Jeśli fryzjer z Wałbrzycha wygra, pójdą jego śladem.

Problem nie kończy się na samej opłacie, która naliczana jest albo od powierzchni zakładu usługowego, albo od liczby miejsc dla klientów np. w kawiarniach. Rzecz w tym, że może ich być kilka na raz. Cztery stowarzyszenia autorów mają prawo pobierać niezależne opłaty. – W sumie jest 15 stowarzyszeń, reprezentujących autorów w różnych dziedzinach – mówi mecenas Zuber. – To leży w decyzji ministra kultury, które i za co mogą pobierać tantiemy. Rzeczywiście, wielokrotne płacenie za to samo różnym stowarzyszeniom jest nielogiczne i powinno zostać uregulowane.

– To bardzo duże obciążenie. U nas opłaty za licencje muzyczne wnosimy na rzecz dwóch stowarzyszeń. To w sumie 200 złotych miesięcznie, bez względu na to, czy mamy klientów, czy jest akurat sezon zastoju – mówi Bożena Pytel, właścicielka “baroccafe”. – Można nie płacić, jasne, ale wtedy musieliby śpiewać kelnerzy i to wyłącznie Bacha czy starych mistrzów, których dzieła już nie są objęte prawami autorskimi.

Kolejna rozprawa fryzjer kontra ZAiKS w marcu.

Agnieszka Szymkiewicz