Strona główna Temat dnia 700 tysięcy za śmierć w pensjonacie

700 tysięcy za śmierć w pensjonacie

11

Gigantycznego odszkodowania domaga się żona turysty, który zmarł po upadku z okna pensjonatu w Szczepanowie. Kobieta doznała licznych obrażeń. W Sądzie Rejonowym w Świdnicy ruszył proces, w którym oskarżona jest właścicielka “Ślężańskiego Młyna”.

Prokurator oskarżył Marię P. o  narażenie ludzi na utratę życia i ciężki uszczerbek na zdrowiu oraz o nieumyślne spowodowanie śmierci i ciężkich uszkodzeń ciała. Do wypadku doszło w nocy 21 września ubiegłego roku podczas zlotu miłośników cabrioletów. Małżonkowie Rafał i Beata M., pochodzący z okolic Szczecina,  wypadli z okna na I piętrze budynku. Jak motywował zarzuty prokurator, okno było zabezpieczone prowizorycznie bez uwzględnienia polskich norm budowlanych, a miejsce, w którym znajdowali się turyści, nie miało pozwolenia na użytkowanie.

Maria P. nie przyznaje się do zarzutów. Przed sądem złożyła obszerne wyjaśnienia i odpowiadała na pytania sędziego i obrońcy. Odmówiła odpowiedzi na pytania prokuratora. Stwierdziła, że w jej pensjonacie doszło do nieszczęśliwego wypadku, a jej i całemu personelowi jest z tego powodu niezmiernie przykro. Wyliczała powody, dla których gości w miejscu, gdzie doszło do zdarzenia, nie powinno być. Przyznała, że część budynku, w którym na dole są stajnie, nie była dopuszczona do użytku, a na poddaszu urządziła 4 pokoje dla swoich prywatnych gości. Ze względu na decyzję grupy Holendrów, którzy przebywali w hotelu, o przedłużeniu pobytu, jej pracownica miała wskazać “awaryjne” miejsca na poddaszu stajni, o czym wiedział organizator zlotu. Maria P. nie mogła sobie przypomnieć, czy o tym została powiadomiona. Okno, o rozmiarach balkonowego, znajduje się w ciągu komunikacyjnym do pokoi – tłumaczyła. – Ten korytarz nie jest jednak przeznaczony do urządzania imprez. Goście ze zlotu mieli do 22.00 bawić się w wynajętym i opłaconym pawilonie zewnętrznym. Nikt nie poprosił o przedłużenie czasu, a godzina kosztuje tylko 50 złotych. Od 22.00 trwa cisza nocna i wszyscy powinni udać się do pokoi. Na zapisie z monitoringu widać, że goście przenieśli się na poddasze stajni, lekceważyli zakaz palenia, bawili się w korytarzu, i otwierali okno oraz opierali się o barierkę. By otworzyć jedno skrzydło okna, odsunęli kwiaty w dużych donicach.

Właścicielki nie było na miejscu w dniu w pensjonacie. Całe zdarzenie zarejestrowały kamery wewnętrznego monitoringu. Maria P. przywoływała zdjęcia, na których widać odsuwanie kwiatów, a nawet próbę ich wyrzucenia przez okno. Podkreślała, że warunki korzystania z obiektu były szczegółowo  ustalane z organizatorem zlotu.  Zapewniała, że personelowi ani jej do głowy nie przyszło, że korytarz zostanie wykorzystany na imprezę, bo na terenie pensjonatu jest dość miejsca i wolnych pomieszczeń przeznaczonych do takich celów. Przyznała, że o legalizację budowy wystąpiła dopiero po wypadku. W tej chwili budynek jest wyłączony z użytkowania.

Zupełnie inaczej o okolicznościach mówiła Beata M., która w procesie jest nie tylko pokrzywdzoną, ale i oskarżycielem posiłkowym. Stwierdziła, że ani organizator, ani nikt z personelu nie poinformował jej i znajomych o tym, że budynek nie został dopuszczony do użytkowania i de facto jest nadal placem budowy. Stwierdziła, że nikt nie zakazał przeniesienia biesiady do holu, który jej zdaniem wyglądał na przygotowany dla gości. – Był tam kominek, kanapa, krzesła, kredensy, ława, na której stały popielniczki – wyliczała. Nie widziała tabliczki z zakazem palenia ani żadnych ostrzeżeń, by nie otwierać okna. Przez cały wieczór o dwie deski, zabezpieczające okno, opierało się wiele osób. Beata M. zapewnia, że nie zastanawiała się, czy jest to barierka tymczasowa, czy na stałe. – Cały obiekt jest w takim swojskim klimacie, więc surowe deski mnie nie zdziwiły – mówiła przed sądem.

Do wypadku doszło ok. 1.30. Rafał M. stał oparty o prowizoryczną balustradę, Beta M. podeszła, by zrobić mu wymówkę, bo palił kolejnego papierosa. Nie zdążyła. 42-latek spadł z wysokości I piętra na granitową kostkę, ona spadła tuż za nim, pociągnięta przez barierkę. Mężczyzna doznał bardzo poważnych obrażeń głowy i lekarze nie zdołali go uratować. Zmarł w szpitalu. Kobieta do dziś odczuwa skutki upadku. Miała złamaną miednicę i kość łonową, a także zwichniętą rękę.

Beata M. zażądała od Marii P. 700 tysięcy złotych odszkodowania za doznane cierpienie i ból z powodu jej obrażeń, a także z powodu śmierci męża. Dodatkowe 10 tysięcy złotych chce otrzymać na pokrycie kosztów rehabilitacji.

Ze względu na znaczne rozbieżności w zeznaniach sąd zadecydował o przeprowadzeniu wizji lokalnej. W procesie będą także zeznawać świadkowie tragicznego zdarzenia. Kolejne rozprawy w lipcu.

asz