Płakał, przepraszał i odwoływał zeznania

    39

    Przed Sądem Rejonowym w Świdnicy rozpoczął się dzisiaj proces Jana Ś., oskarżonego o jazdę pod wpływem alkoholu, potrącenie dwojga nastolatków i ucieczkę z miejsca zdarzenia. 62-letni rencista przez niemal całą rozprawę płakał. Przepraszał obecnych na sali rodziców pokrzywdzonych dzieci, przyznał się do wszystkich zarzucanych mu czynów,  ale odwołał w znacznej części złożone w śledztwie zeznania. Podczas pierwszej rozprawy obecne były również jego żona i jedna z córek. Obie odmówiły składania wyjaśnień. Sąd nie zgodził się z wnioskiem obrońcy, by proces utajnić.

    Do dzisiaj 14-letnia Olga i 15-letni Bartek odczuwają bardzo poważne skutki potracenia, do którego doszło na przejściu dla pieszych przy ulicy Riedla 19 listopada ubiegłego roku. Lekarze przez kilka tygodni walczyli o życie dziewczynki, która doznała licznych obrażeń mózgu, złamania ręki i miednicy. Mama Olgi przekazała dobrą wiadomość – Olga od kilku może się samodzielnie poruszać. Niestety, ujawniły się nowe konsekwencje obrażeń, bo straciła węch. Przed nią kolejne operacje i długotrwała rehabilitacja. Nastolatka w tym roku nie wróci do szkoły. Bartek jest w lepszym stanie, jednak wciąż nie wiadomo, czy odzyska sprawność nogi i będzie mógł uprawiać wymarzony zawód piłkarza. Po wypadku całkowicie zostały zerwane więzadła, doszło do uszkodzenia nerwów. Chłopiec po feriach wrócił do szkoły. Matki obojga nastolatków w osobnym, cywilnym procesie domagają się odszkodowania i zadośćuczynienia od towarzystwa ubezpieczeniowego i oskarżonego. Na razie na mocy postanowienia zastępczego środki na leczenie Olgi i Bartka wypłaca ubezpieczyciel. Jan Ś., mimo decyzji sądu,  nie przekazał na ten cel żadnych pieniędzy.

    Na sali sądowej wyrażał skruchę i żal, życzył dzieciom powrotu do zdrowia, jednak zdecydowanie inaczej niż w śledztwie opisał przebieg zdarzeń z 19 listopada. Zeznał, że tego dnia około 13.00 spotkał nieopodal miejsca zamieszkania znajomego sprzed wielu lat. Pamiętał tylko jego imię – Anatol. Obaj zaczęli rozmawiać o swoich problemach zdrowotnych, wreszcie poszli do komórki należącej do Jana Ś. i tam pili wódkę. Oskarżony stwierdził, ze nie pamięta, kiedy znajomy wyszedł. On sam miał jeszcze zostać w komórce. – Kiedy wracałem do domu wieczorem, pomyślałem, żeby przestawić samochód, bo wydawało mi się, że źle go zaparkowałem na ulicy Wyszyńskiego. Kiedy wsiadłem i zacząłem cofać, poczułem uderzenie i trzask. Bardzo się przestraszyłem, w oczach zobaczyłem światła i gwiazdki i nie wiem, co dalej się działo. Jakbym jechał w tunelu. Nie wiem, dlaczego pojechałem w stronę ulicy Zamenhofa. Na skrzyżowaniu poczułem uderzenie, ale nie wiedziałem, że to byli ludzie. Gdybym wiedział, na pewno bym się zatrzymał i pomógł. Skręciłem w prawo i zaparkowałem za przystankiem. Od razu pobiegłem do tych dzieci, ale ludzie mnie zatrzymali. Nikomu nie chciałem zrobić krzywdy – zapewniał sąd. Tymczasem z zeznań, jakie składał w listopadzie i grudniu 2011 roku wynika, że po spotkaniu ze znajomym wrócił do domu na co najmniej dwie – trzy godziny, opisywał też dokładnie, dlaczego pojechał w stronę ulicy Zamenhofa. Jak wtedy tłumaczył, chciał zawrócić i znaleźć nowe miejsce postoju. Podobne, choć nie identyczne jak dzisiaj  zeznania złożył w styczniu tego roku. Pytany, skąd zmiana, wyjaśniał, że leczy się psychiatrycznie i nie był świadomy, co opowiada.

    Zupełnie inaczej przebieg zdarzenia opisuje naoczny świadek, Krzysztof Pantkowski. To w jego forda mondeo Jan Ś. uderzył, próbując wycofać auto z miejsca postoju. – Kiedy wysiadłem, by obejrzeć zniszczenia, ten mężczyzna ruszył z piskiem opon do przodu i z dużą prędkością zaczął uciekać – opowiada. – Ruszyłem za nim, rozdzielił nas inny samochód, ale widziałem, jak na przejściu dla pieszych wjechał w ludzi. Potem gwałtownie skręcił w ulicę Wróblewskiego. Zajechałem mu drogę i zmusiłem do skrętu na parking za przystankiem. Dosłownie wypadł na ziemię po otwarciu drzwi i zaczął zataczając się iść w zupełnie przeciwną stronę niż  miejsce, gdzie potrącił ludzi. Złapałem go za kurtkę i trzymałem. Myślałem, że jest niemową, bo nie odezwał się aż do przyjazdu policji ani słowem. Raz próbował się wyrwać i odejść. Odniosłem wrażenie, że to, co się stało, jest mu kompletnie obojętne. Nie zapytał, co z ludźmi, których potrącił.

    W procesie zeznawać będą kolejni świadkowie i biegli. Za zarzucane czyny 62-latkowi grozi kara do 12 lat pozbawienia wolności. Jan Ś. pozostaje w areszcie.

    Agnieszka Szymkiewicz