Tkanie życia: Lucyna Malinowska

    4

    Przez całe życie wyznaje jedną i tę samą zasadę – Szczęścia własnego nie można budować na krzywdzie innych. Od niemal zawsze otoczona dziećmi. Choć była jedynaczką, to za największą swoja pasję uważała, i nadal uważa, pomaganie najmłodszym. Realizowała się wychowując i ucząc, i wspomagając, gdy trzeba było, tych najsłabszych i potrzebujących. Nigdy niezwiązana z żadną partią, choć urodziła się w stolicy „Czerwonego Zagłębia”, Sosnowcu. Ale docenia wszelkie działania obywatelskie. Była kilka kadencji niezależną radną miejską. A jedynymi składkami organizacyjnymi, które kiedykolwiek płaciła, były te w ZHP i ZNP. Czuła na dobro i ceniąca naturalność. Wrogo nastawiona do wszelkich przejawów zła, arogancji, nawet takiej w białych rękawiczkach. Doskonale czuje się w działaniu i to pozytywnie ją napędza. Nigdy nie odstraszały jej określenia – „tego nie można zrobić”, czy „to jest niemożliwe”. Udowadniała to wielokrotnie swoją pracą w świdnickiej oświacie i TPD. Jak mawiał mój ojciec w takich przypadkach – Lucyna Malinowska to przykład bardzo dobrego, przedwojennego materiału genetycznego. Ma w Świdnicy sporą grupę swoich wychowanków. Z niektórych jest dumna, ale z innych nieco mniej, bo w ferworze dojrzewania zapominają czasami o swoich korzeniach.

    Urodziła się w zagłębiowskiej rodzinie rzemieślniczej; piekarzy z tradycjami. Dziadek ze strony mamy był przyjacielem piekarza słynnego tenora Jana Kiepury. Ten gen odezwał się w kolejnym pokoleniu. Pani Lucyna lubi piec i poznawać nowe smaki. A jej mama, choć stroniła od kuchni, była  z wykształcenia przedwojennym piekarzem – cukiernikiem. Aresztowana podczas wojny, przeżyła dwa obozy, Auschwitz i Ravensbruck. Po wyzwoleniu mama dostała nakaz zasiedlenia piekarni w poddzierżoniowskiej Piławie Górnej. Tam też trafiła bohaterka dzisiejszego Tkania życia w październiku 1945 roku. Zamieszkały w uroczym domku wraz z byłymi niemieckimi właścicielami piekarni. Jak dzisiaj wspomina pani Lucyna, żyli wówczas w doskonałej symbiozie. Bez konfliktów, wspierając się i pomagając wzajemnie. Piekarnia działała bez zarzutu, a dzieci uczyły się nowych języków, miały wspólnego psa, sanki i zabawki. Wtedy dostała od swojej niemieckiej koleżanki piękną lalkę zamykającą oczy. Wszystko skończyło się wraz z wysiedleniem Niemców. Wówczas też zaczęto wszystko upaństwawiać.

    W roku 1948 pani Lucyna kończy szkołę podstawową, „robiąc” dwa lata w rok. Wcześniej, w czasie wojny, jej edukacją zajmował się dziadek – piłsudczyk, który uczył ją czytania na dziełach Marszałka. W tym czasie jest już też harcerką. Niestety, nie dostaje się do dzierżoniowskiego liceum ogólnokształcącego. Oblewa egzamin wstępny z identyfikacji portretów ówczesnych dostojników partyjnych i państwowych. Z kilkudziesięciu prezentowanych znała tylko czwórkę. Ale dzięki pomocy znajomych, prowadzących zakład kamienia budowlanego, zostaje przyjęta na etat młodociany, jako pomoc sekretarki. Uczy się m.in. maszynopisania i podstawowych prac biurowych. Jej nauczyciel rysunku przenosi się do Świdnicy, gdzie uczy w TPD-owskiej jedenastolatce przy ulicy Równej, w obecnym budynku II Liceum. Proponuje naukę w Świdnicy. Mając szesnaście lat przenosi się do liceum dla dorosłych i tam robi maturę w roku 1956. Jest wychowanką żyjącej do dzisiaj prof. Kozłowskiej, polonistki z tego liceum. To ona wywrze później spory wpływ na dalsze losy naszej bohaterki. Od jesieni 1953 roku przenoszą się z mamą do Świdnicy. Mama pani Lucyny zatrudnia się w piekarni przy ulicy Pułaskiego. W nocy pracuje, a w dzień, po pracy, zajmuje miejsce w kolejce po prawo do mieszkania w miejskim kwaterunku przy ulicy Konopnickiej. „Wysiadywanie” skończyło się sukcesem. Dostają przydział na jeden pokój w Rynku. W drugim mieszka rodzina grecka. Międzynarodowa koegzystencja układa się pomyślnie. Tym bardziej, że wśród sąsiadów jest mała Greczynka, Paschalia, przerobiona przez naszą bohaterkę na Halinkę. Jak zwykle zajmuje się nią z troskliwością, zabierając nawet na wspólne wakacje u rodziny.

    Po maturze trzeba było pomyśleć o dalszym kształceniu się. Wymarzone dziennikarstwo odeszło w siną dal, bo po wydarzeniach Października 1956 roku cały warszawski wydział został rozwiązany. Za namową prof. Kozłowskiej zdaje egzaminy do studium nauczycielskiego w Raciborzu. Najpierw na kierunek śpiew – muzyka, a kilka dni później na polonistykę i historię. Kończy studium w roku 1958. Dostaje pracę w Nysie. Jednak bliżej jej do Świdnicy. Zaczyna się czas pracy w świdnickiej oświacie. W trzech szkołach średnio po siedem lat. Najpierw praca w Szkole Podstawowej nr 3. Jest tam do roku 1965. W tym czasie kończy się budowa pierwszej w mieście szkoły Tysiąclecia nr 6 (tysiąclecia, bo ówczesne władze ogłosiły program budowy tysiąca nowych szkół z okazji 1000–lecia Państwa Polskiego). Zostaje powołana na zastępcę kierownika „Szóstki”. W 1967 roku wychodzi za mąż za swojego harcerskiego kolegę. W następnym roku, 1968, rodzi się syn Andrzej. Nadal pracuje w szkole i prowadzi w niej drużynę harcerską. Udziela się w miejskiej radzie narodowej. Po czterech latach rodzi się córka, Aleksandra. Kończy urlop wychowawczy i zaczyna nową pracę. Jest styczeń 1973 roku. Tym razem w pobliskiej Szkole Podstawowej nr 1, dosłownie „za płotem”. Nowe wyzwania, bo realia zupełnie inne niż w „Szóstce”. Ale mimo to dała radę. Już w następnym roku szkoła dostaje imię Tadeusza Kościuszki. Po dwóch latach jest czas na sztandar szkoły. Funkcjonuje chór, zespół taneczny prowadzony przez Pelagię Schmidt. Na 400 uczniów chodzących do szkoły, 250 brało udział w dodatkowych zajęciach. Szkoła bez sali sportowej miała wyśmienitych sportowców. Sukcesy w środowisku przekonały naszą bohaterkę, iż prawdą jest powiedzenie – „Chcieć to móc”. Dzieci dorastały, mama zaangażowana w pracę realizowała się. Mimo tego ogromu zajęć były rzeczy święte. O godzinie 15 .00 mąż wracał z pracy i wszyscy siadali do wspólnego obiadu. Był czas na rozmowę i bycie ze sobą. Z perspektywy lat można powiedzieć, że takie chwile mają nawet wpływ na dzisiejsze relacje rodziców i dzieci.

    W „Jedynce” trwała do emerytury. W 1989 roku opuściła szkołę i … zaczęła prowadzić zespół wspomagający pracę dyrektorów szkół w dwóch powiatach dawnego województwa wałbrzyskiego, jaki powstał przy wałbrzyskim Kuratorium Oświaty. Po reorganizacjach i likwidacji tej struktury przez chwilę odpoczywała na emeryturze, ale odezwał się ktoś przyjazny i … rozpoczął się trzynastoletni okres działalności w świdnickim Towarzystwie Przyjaciół Dzieci. Z małego pomieszczenia przy ulicy Kościelnej dość szybko, zupełnym zrządzeniem losu, TPD przeniosło się do ponad stumetrowej opuszczonej hurtowni za ścianą. Było to przyjazne dzieciom miejsce, gdzie mogły bezpiecznie i mądrze spędzać wolny czas. Odrabiać lekcje, wypić szklankę mleka i rozwijać swoje pasje. Ostatecznie miasto sprzedało lokal i „Kościelna” skończyła się. Choć TPD, organizacja o dziewięćdziesięcioletniej tradycji nadal działa, mimo tego, że różni ludzie niewiele wiedzący o stowarzyszeniu przypinali mu łatki mniej czy bardziej czerwonego.

    Całe swoje życie Lucyna Malinowska opiera na cytacie z wiersza „Do młodych” Adama Asnyka, – „Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy, Choć macie sami doskonalsze wznieść; Na nich się jeszcze święty ogień żarzy, I miłość ludzka stoi tam na straży, I wy winniście im cześć!”. Uważa, że dla nas wszystkich ważna jest nasza tożsamość, która ma swoje określone korzenie. I o nie powinniśmy dbać. I nie przechodzić obojętnie obok rujnowanych obiektów zabytkowych, choćby w naszym mieście. Jest zakochana w Świdnicy i oddaje jej całe swoje serce i zapał. Zupełnym absolutem wśród rzeczy najważniejszych jest rodzina. To jest świętość bezdyskusyjna. Ważne jest także, by zawsze być człowiekiem i takiego samego człowieka dostrzegać w innych. I dostrzegać w nim dobro, pomimo wad, które ma każdy z nas.

    Czy mając za sobą tak bogate i barwne życie, ma Pani jeszcze czas na marzenia?

    – Tak, i choć może się to wydawać banalne, to marzę, by moja rodzina opierała się wytrwale wszelakim burzom dziejowym i nie tylko. I byśmy żyli w zdrowiu i spokoju. No i bym wciąż czuła się potrzebna innym. Bo to zawsze było dla mnie ważne, jak nie najważniejsze. Marzę o tym, by zorganizować grupy wsparcie dla rodziców dzieci niedosłyszących i chorych na cukrzycę. Marzę, bym jeszcze choć przez rok miała siłę i chciało mi się przychodzić tutaj, na Długą 33. I dawać coś z siebie.

    Dziękuję

    Wacław Piechocki