Polecam: John Galsworthy “Saga rodu Forsyte’ów”

    0

    Poznajemy ich wszystkich w chwili, kiedy siedzą razem w salonie rodowej siedziby starego Jolyona Forsyte. Cała familia Forsyte’ów zebrała się w dniu 15 czerwca 1886 roku, aby świętować zaręczyny wnuczki Jolyona z Filipem Bosinneym. Jeszcze nie wiedzą, że to spotkanie jest ostatnim w miarę beztroskim akordem w życiu całej rodziny. Siedzą i mają na celowniku Filipa. Bo parę dni wcześniej ośmielił się złożyć wizytę ciotce Annie w nieco wymiętym i przykurzonym kapeluszu. Fakt oburzający, niestosowny, nie do przyjęcia…

    Poznajemy angielską rodzinę bogatej klasy średniej w wiktoriańskich czasach. Są wyniośli, kostyczni, reprezentują na zewnątrz wspólny front, ale nie znoszą sami siebie wzajemnie. Cała historia zaczyna się jeszcze za życia królowej Wiktorii, kiedy spośród wszystkich słów dotyczących relacji między dwojgiem ludzi płci odmiennej obywatelstwo w języku publicznym zyskały sobie wyłącznie te odnoszące się do kwestii, nazwijmy to, administracyjnych (zaręczyny, ślub, posag). A wszystko, co poza tę tematykę wychodziło, było tabu (“Droga pani, pani porusza temat, o którym się u nas nie mówi”, powiada ciotka Julia do znajomej, nazbyt zainteresowanej pożyciem Soamesa i Ireny). Zresztą przeważnie nie było potrzeby rozprawiania o namiętnościach, rozpaczach, zdradach i rozwodach, bo “dwie cechy, charakteryzujące prawdziwego Forsyte’a – niezdolność oddania się czemukolwiek duszą i ciałem oraz poczucie własności skutecznie sprzyjały kultywowaniu fikcji. Z goryczą zauważa młody Jolyon, że wśród ludzi należących do jego klasy “podstawą świętości węzłów małżeńskich jest świętość rodziny, a świętość rodziny oparta jest na świętości posiadania. A przecież ci wszyscy ludzie są wyznawcami Tego, który nigdy nie posiadał nic na własność”.

    Opowieść o ścieraniu się forsyte’owskiej mentalności z niepokornym duchem nowych czasów, coraz wyraźniej dochodzącym do głosu wśród przedstawicieli kolejnych pokoleń rodziny, to wątek równie ważny – o ile nie ważniejszy – jak ten miłosny. A w tle i trochę wielkiej polityki, która – jak zawsze – zbiera ofiary spośród najmniej w nią zamieszanych. Mnóstwo drobnych, obyczajowych smaczków (zdumienie Soamesa na wieść, że jego długoletni lokaj ma swoje życie prywatne; komiczne sceny z biura detektywistycznego pana Polteeda; uwagi pokojowej Smither o starym Tymoteuszu, itd.) i cała galeria żywych, wyrazistych postaci, i to nie tylko na pierwszym planie (Soames, czterech Jolyonów, Irena, June, Fleur), ale i w epizodach (Monty, Tymoteusz, Julia).

    Lektura jest więc czystą przyjemnością, której nie psuje nawet obecna w tym wydaniu spora liczba literówek i przejęzyczeń, a jedyne, co mi nie w smak, to brak dostępu do opowieści o losach kolejnej generacji Forsyte’ów…  Filmowa wersja sagi to bodaj pierwszy angielskojęzyczny serial, nie licząc “Zorro”, który dany był mi do obejrzenia. To był zupełnie inny świat niż ten zgrzebny i siermiężny peerelowski, wyłaniający się po zgaszeniu telewizora. Ale pamiętam go do dzisiaj i z sentymentem wspominam.

    Wacław Piechocki

    Poprzedni artykułCo wolno ochroniarzowi
    Następny artykułObcokrajowcy o Świdnicy cz.3