Tkanie życia: Joanna Gadzińska

    13

    Wywiad z, niekoniecznie, tylko jednym pytaniem.

    Panta rhei (wszystko płynie), jak mawiał Heraklit, ale nie uśmiech, pogoda ducha i spontaniczność bohaterki dzisiejszego Tkania Życia, one nie zmieniają się do lat. Była taka ponad trzydzieści lat temu, gdy ją poznałem i jest niemal taka sama dzisiaj. Bogatsza o przeżycia i doświadczenia, nawet te najbardziej dramatyczne (kilka lat temu w wypadku samochodowym zginął tragicznie jej pierwszy mąż Leszek). A mimo to zawsze uśmiechnięta, przyjaźnie nastawiona do ludzi, chętna, by im pomagać i naturalna. To jest też jedna z jej ważnych cech. Bezpretensjonalność, urok osobisty i nawet dystans do siebie a także świata. Z nieudawaną szczerością powtarza, że jest niekonsekwentną bałaganiarą, dla której ważna jest w życiu spontaniczność i otwartość.

    Pewnie dzięki temu tak łatwo nawiązuje kontakty z innymi i pewnie dzięki temu tak dobrze czuła się na pewnym etapie w handlu. Któż ze świdniczan nie pamięta pani Asi z zawsze kolorowego sklepu kolonialnego przy ulicy Łukowej? Barwnego i niebanalnego miejsca w centrum miasta, gdzie można o każdej porze roku kupić najlepsze warzywa i artykuły spożywcze, jakich nie ma nigdzie indziej. Tam się sprawdzała i budowała swój wizerunek – kobiety aktywnej, zdecydowanej, a przy tym niezwykle przyjaznej. Przyniosło to skutek. Pewnego dnia postanowiła sprawdzić się w samorządzie. Udało się. Została radną miejską. Udanie „zaliczyła” pierwszą kadencję, a w drugiej poszła wyżej – została wybrana na przewodniczącą tejże rady. Podobno i w tej roli sprawdza się całkiem, całkiem. Uważa, że potrafi pogodzić rolę żony Krzysztofa (drugiego męża), matki dorosłych już dzieci i babci swojej ukochanej Julki, z aktywnym życiem przewodniczącej. Choć śmieje się, że gdy czasami mąż pyta ją o plany na najbliższe dni, to bierze kalendarz i mówi, że wpisze go na jakiś termin. Bo pani Joanna ma sporo dystansu do tego, co robi i do siebie w tej roli. Dziwią ją czasami fochy kolegów – radych, którzy obruszają się, gdy zostaną podczas jakichś uroczystości posadzeni w odległych miejscach lub gdy ktoś niezbyt zdecydowanie podnosi ich zasługi. Uważa, że to, czym teraz się zajmuje ma służyć przede wszystkim ludziom, tym, którzy jej zaufali i wybrali.

    Najważniejsza jest dla niej rodzina i poczucie psychicznego bezpieczeństwo, dobra atmosfera w domu i bliskość ukochanych osób. Pewnie dlatego, że w bardzo wczesnym dzieciństwie doświadczyła rozstania swoich rodziców, Zmagała się z tą traumą przez wiele lat, ale dzisiaj doszła do takiego momentu, w którym ma dwie rodziny – mamy i taty, cztery siostry wraz z rodzinami i ogrom miłości i akceptacji, które daje i otrzymuje od nich. Czuje się spełniona w życiu, choć to wcale nie znaczy, że spoczęła na laurach. Przez wiele lat zdobywała doświadczenia jako wolontariuszka Fundacji Centrum Praw Kobiet. Stykała się wówczas z najtrudniejszymi problemami kobiet, którym starała się pomagać. Teraz jest samorząd i kolejny etap życie. Kieruje się tym, by żyć jak najintensywniej, zmagać się z przeciwnościami i wzbogacać. Uważa, że to, co nas nie zabije, to nas wzmocni. Życie jest zbyt krótkie, by je komplikować.

    Ceni partnerstwo w relacjach damsko – męskich, a jej ideał mężczyzny wcale nie musi być młody i przystojny, a nawet niebotycznie bogaty. Ale musi mieć to coś, co sprawi, że nie można się z nim nudzić. Nie przepada za wczesnym wstawaniem, bo zazwyczaj pracuje do późnej nocy. Twierdzi (z uśmiechem), że zacznie wstawać wcześnie rano dopiero wówczas, gdy się zestarzeje. Nie doszła także jeszcze do etapu robótek ręcznych na drutach, czy innych tego typu zajęć. W wolnych chwilach czyta. Najczęściej psychologiczną literaturę popularno-naukową. Ciekawią ją zachowania ludzkie, ich źródła i mechanizmy. Nadal nie przepada za gotowaniem, choć miała okresy tzw. „obiadków niedzielnych”, za którymi tęskni teraz mąż Krzysztof. Wciąż aktywna i zajmująca się wieloma sprawami, od czasu do czasu musi jednak dać sobie chwilę wyciszenie. Ale nie jest ona zbyt długa.

    Czy mając tyle doświadczeń i żyjąc tak intensywnie, można mieć czas na marzenia? A jeśli tak, to na jakie?

    – Pewnie czas można mieć, ale ja nie przypominam sobie, bym kiedyś o czymś marzyła. Zazwyczaj, jeśli czegoś chciałam, to robiłam to. Jeśli bym np. chciała opłynąć kulę ziemską, to uzbierałabym na to pieniądze i popłynęła. Nigdy nie traktowałam swoich pomysłów w kategoriach czegoś nieosiągalnego. Był zamiar, było działanie i osiągnięty cel. Moje marzenia są realne i wykonalne. Nigdy nie chciałam skoczyć na bangge, bo nie lubię wisieć głową w dół. Choć jestem spontaniczna.

    Wacław Piechocki