Strona główna Bez kategorii Tkanie życia: Stanisław Kotełko

Tkanie życia: Stanisław Kotełko

1

Wywiad z, niekoniecznie, tylko jednym pytaniem.

W czasach, gdy brakuje autorytetów, spotkanie z dzisiejszym bohaterem „Tkania życia” uzmysłowiło mi, jak dotkliwy jest ten brak. Bo Stanisław Kotełko to bez wątpienia legenda Świdnicy. Choć sam przyjmuje moje stwierdzenie z lekkim uśmiechem pobłażania, to jestem pewien, że mam rację. To on powinien właściwie rozpoczynać niemal rok temu ten cykl prezentujący historie świdniczan. I nie dlatego, że wyróżniono go tytułem Honorowego Obywatela Świdnicy. Dla mnie jest wyjątkowym człowiekiem o niezaprzeczalnej charyzmie.

Jego charakterystyczna lekko przygarbiona sylwetka, bujna siwa czupryna, a także wyjątkowy tembr głosu znane są wielu i rozpoznawalne niemal od  zawsze. Nie ma w tym wcale przesady, bo powojenna Świdnica to miasto pana Stanisława. Przyjechał do niej mając siedemnaście lat, zimą 1946 roku. Jak spora grupa świdniczan urodził się na Kresach i był z nimi związany przez dzieciństwo i młodość. Urodził się w Jaworowie koło Lwowa. Okupację spędził w Cieszanowie w pobliżu dzisiejszej granicy ukraińsko – polskiej, jednak po stronie polskiej. W maju 1944 cała rodzina zmuszona była opuścić to miejsce z powodu zagrożenie ze strony nacjonalistów ukraińskich. Grasujące bandy UPA mordowały i grabiły tamtejsze wsie.  Przez krótki okres przebywali w Łowiczu, w którym mieszkał brat ojca. Zaraz po zakończeniu działań wojennych ojciec Stanisława Kotełki, który był notariuszem, dostał nominację do Świdnicy. Kotełkowie przyjechali tutaj i już zostali. Młody Stanisław, mimo swoich siedemnastu lat, czuł się wówczas dojrzałym człowiekiem. Dzisiaj tak o tym mówi: „Moje pokolenie w swoim czasie przeżyło i widziało więcej niż w innym czasie dwa pokolenia w ciągu całego życia. Kiedy życie zaczynało się normalizować, byliśmy nadmiernie dojrzali”.  Ówczesne Ziemie Zachodnie jawiły się jako piękna i dobrze zagospodarowana kraina. Choć nie obce było poczucie wyobcowania i oderwania od korzeni. Na to by poczuć się tu pewniej i zaaklimatyzować się,  potrzeba było czasu. Nadszedł taki po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Wrocławskim, po powrocie do Świdnicy i założeniu rodziny. „Wówczas poczułem się jakby na swoim miejscu” – przyznaje dzisiaj mój rozmówca. Była to połowa lat pięćdziesiątych. Mimo że ciążyło jeszcze piętno stalinizmu, nie miało to wpływu na związanie się z ziemią świdnicką. Potem ta ziemia stała mu się taka bliska, że nie zamieniłby jej na żadną inną.

Stanisław Kotełko był zawsze „fanatykiem” krajoznawstwa, turystyki i historii regionu. Ta fascynacja była główną przyczyną „zakorzenienia” w Świdnicy. Pierwsza praca to „Kasprowicz”. Był rok 1954. Szkole przydzielono budynek przy ulicy Budowlanej i w nim rozpoczął nauczenie języka polskiego i łaciny świeży absolwent wrocławskiego uniwersytetu. Pracował w nim 11 lat. Później, jak mówi: „Zgwałcili mnie do wzięcia ówczesnego liceum medycznego, a późniejszego Zespołu Szkół Medycznych. To była szkoła, z którą byłem związany do emerytury”. Doskonale czuł się w kontaktach z młodzieżą, natomiast nie znosił, i ma to do dzisiaj, pracy papierkowej.  Na szczęście, jak wspomina, miał przez cały pobyt w szkole, tj. 25 lat, wspaniałą sekretarkę, która doskonale zajmowała się całą biurokracją. Równocześnie angażował się w badanie dziejów miasta i pracę w organizacjach regionalnych. Był jednym z założycieli Towarzystwa Regionalnego Ziemi Świdnickiej, z którym związany jest od ponad 51 lat. Działa w Polskim Towarzystwie Turystyczno-Krajoznawczym. Przez dziesięć lat pełnił funkcję wiceprezesa Zarządu Wojewódzkiego PTTK w Wałbrzychu. Był szefem wszystkich przewodników górskich i terenowych z terenu całego województwa wałbrzyskiego, a także organizował wiele imprez turystycznych, szkoleń propagujących wiedzę o regionie. Przez sporo lat był członkiem zarządu Dolnośląskiego Towarzystwa Społecznego we Wrocławiu. To były prawdziwe jego pasje, których nie zamieniłby na nic innego.

Stanisław Kotełko zawsze kochał góry. Za piękno i spokój. Morze nie pociągało go nigdy przez swoją monotonię i przewidywalność. Nie ma tego w górach, w których zmiana perspektywy czy nawet pogody następuje niemal co pół godziny. Poza tym góry to cisza i brak tłumów, za którymi pan Stanisław nie przepada. Podobnie, jak pan Zagłoba, którego powiedzonka lubi cytować. Choćby to: „Co raz było chamem, do końca chamem zostanie”. Nie pamięta swojej pierwszej przeczytanej książki. Ale jest sporo takich, do których wraca –  często m.in. Bułhakow, Eco, Marquez, Llosa, Hemigwey. A z literatury polskiej Sienkiewicz i  Mickiewiczowski „Pan Tadeusz”. To są takie pozycje, obok których nie może przejść obojętnie. Pan Stanisław mimo swoich osiemdziesięciu dwóch lat nadal aktywnie uczestniczy w życiu kulturalno-społecznym miasta. Należy do zespołu redakcyjnego Encyklopedii Świdnickiej. Mimo rezygnacji z funkcji prezesa Towarzystwa Regionalnego Ziemi Świdnickiej bierze udział w jego pracach, współuczestniczy w różnych ukazujących się publikacjach i ma nadzieję, że jeszcze trochę może coś z siebie dać, póki zdrowie mu na to pozwoli. Dzięki niemu ocalało w mieście wiele zabytkowych obiektów. Dzisiaj wraz z TRZŚ stara się obronić przed zniszczeniem i dewastacją starą stację pomp przy ulicy Bokserskiej. Chciałby na jej terenie stworzyć muzeum techniki. Obiekt ten jest jednym z najciekawszych miejsc świadczących o rozwoju techniki pod koniec XIX wieku. Historyk z zamiłowania i ogromnej pasji. Gdyby mógł wybrać epokę, w której chciałby żyć, byłaby to starożytność albo średniowiecze.

Stanisław Kotełko uważa, że zdecydowanie największym sukcesem jego życia jest praca z młodzieżą. Był dla wielu pokoleń świdniczan prawdziwym autorytetem. Największą nagrodą są dla niego słowa podziękowania od uczniów, których uczył czterdzieści lat temu a spotyka ich do dzisiaj. Ma wiele takich sytuacji, w których słyszy – „ Dziękuję za to, co od pana otrzymałem”. Partnerskie traktowanie młodzieży i wypracowane dzięki temu relacje to najważniejszy element w dorobku jego życia.

Nie przepada za majsterkowaniem i kuchennymi wyzwaniami. Uważa, że tam najlepiej sprawdza się jego żona Danuta, której rzadko kto może dorównać. Jej mistrzowska ręka sprawdziła się przez całe wspólne życie. Żona jest także miłośniczką pracy w ogrodzie, za czym nasz bohater, niestety, nie przepada. To chyba nieliczne zajęcia obce panu Stanisławowi. Jest natomiast bardzo zaprzyjaźniony ze swoim komputerem. Swobodnie czuje się w wirtualnej rzeczywistości, wykorzystując ją do swojej pracy, a czasami dla rozrywki. Jak na osiemdziesięciolatka to prawdziwa rzadkość świadcząca o otwartości i odwadze.

Z kimkolwiek rozmawiałem na jego temat, zawsze słyszałem podobne określenia – autorytet, związany od lat ze Świdnicą, ciepły, empatyczny, skarbnica wiedzy, wyśmienity gawędziarz i erudyta, przedwojenna klasa i maniery, przyjazny i serdeczny. Sam podpisuję się pod tym obiema rękami. Stanisław Kotełko to wyjątkowy człowiek, z rzadkiej grupy zanikającej ze współczesnego świata.

Czy przeżywszy ponad osiemdziesiąt lat, mając tak ogromny bagaż doświadczeń, można mieć jeszcze jakieś marzenia? A jeśli tak, to jakie?

– Mam marzenie, żeby umrzeć szybko i bezboleśnie. Miałem w swoim życiu nadmiar wrażeń i w związku z tym w tej chwili potrzebuję jedynie spokoju. Wojna, wszystkie powojenne zakręty historii, w których czynnie uczestniczyłem to bardzo dużo. Można by tym obdzielić co najmniej trzy życia ludzkie. Dlatego dzisiaj nie mam marzeń w kierunku szukania czegoś nowego.

Wacław Piechocki