Tkanie życia: Stanisław Gabryś

    10

    Wywiad z, niekoniecznie, tylko jednym pytaniem.

    Góral z Budzowa, dawniej  w województwie bielskim, obecnie w Małopolsce, w gminy sąsiadującej z Makowem Podhalańskim. Szczery, otwarty na ludzi i pozytywnie do nich nastawiony, ale przy tym nieowijający w bawełnę, gdy coś mu się nie podoba. Lubi sobie „pogodoć”,  jak przyznaje, gdy od czasu do czasu pojedzie w rodzinne strony.

    Stanisław Gabryś – jedyny w Polsce właściciel prywatnego i unikatowego Muzeum Broni i Militariów. Do broni garnął się od najwcześniejszego dzieciństwa. Bo i miał ku temu powody. Ojciec partyzant walczył w Batalionach Chłopskich i jak sam mówi, chyba coś zostało mu w genach przekazane.

    Jako roczny maluch wraz z rodzicami  Stanisław Gabryś  przyjechał w bydlęcym wagonie w sierpniu 1945 roku na bocznicę kolejową przy ulicy Wałbrzyskiej w Świdnicy. Od tej pory do dzisiaj mieszka w pierwszym domu przy wjeździe do Witoszowa Dolnego. Jest mieszkańcem z najdłuższym stażem, licząc od  zakończenia wojny. Gabrysiowie opuścili góry, bo jak mówi nasz bohater, – „gdy zabrakło Niemca, to zbrojni często zaczynali się strzelać między sobą. Dzisiaj gloryfikuje się przeróżnych ludzi i robi z nich bohaterów walki o wolność, a dla nich walką było napadanie na sklepy geesu”. Rodzina miała dość i wyemigrowała. W nowym miejscu było różnie. Chodził do szkoły podstawowej w Witoszowie i pamięta niemieckie pomniki poświęcone poległym na frontach pierwszej wojny światowej mieszkańcom wsi. Z trzech wsi – Witoszowa Dolnego, Górnego i Pogorzały zginęło wówczas 86 mieszkańców. Gdy miał 10 lat, jak wspomina, po raz pierwszy ówczesny Urząd Bezpieczeństwa „ rzucał” mu po podwórku ojca za jego przygody z bronią. Pan Stanisława zawsze powtarza, że żadna władza go nie kochała. Bo miał broń, a władza tego nie lubi.

    Zawsze miał smykałkę do mechaniki i sprzętu. Na początku lat sześćdziesiątych mógł już obsługiwać traktory, ciężkie pojazdy typu spychacz. Później, w wieku lat dwudziestu, wyspecjalizował się w prowadzeniu samochodów ciężarowych. Przez kolejnych 15 lat pracował w Świdnickiej Fabryce Urządzeń Przemysłowych. Była to jego pierwsza i jedyna praca w zakładzie państwowym. Z wojskiem miała ciekawą przygodę. Jak każdy poborowy przeszedł wszystkie badania lekarskie. Wytypowano go do podoficerskiej szkoły im. Nalazków w Elblągu. Gdy poszedł po ostatnie dokumenty, okazało się, że ma płaskostopie, przepuklinę i tak naprawdę jest „skrajnym kaleką”. Jak podejrzewa pan Stanisław, odkryto przeszłość jego ojca i tak przestał być przydatny armii. Pamięta z tego czasu słynnego majora Smyka, frontowca i podporę świdnickiego WKU. Mimo tej „fatalnej” kondycji fizycznej z bronią i militariami był zawsze za pan brat. W swoim pokoju miał istny arsenał. Na szczęście władza nie robiła mu nigdy rewizji, choć pewnego razu przerażona mama pozbierał część zbiorów w zapaskę i wszystko wrzuciła do studni. Do dzisiaj nikt jej nie czyścił, z obawy o rezultat. Po nowelizacji Ustawy o muzealnictwie w roku 1996 mógł już bez obawy zacząć rozwijać swoją pasję. Najpierw przejął kazamaty dawnej twierdzy Świdnica. Tam był początek muzeum. Niestety, ograniczono mu dostęp do pomieszczeń przez zmiany właścicielskie gruntów. A i stan techniczny obiektu był coraz gorszy. Przeniósł się na swoje włości do Witoszowa. Postawił pawilon, który początkowo miał być warsztatem mechanicznym, a ostatecznie stał się miejscem ekspozycji broni i sprzętu. Na części działki zgromadził sprzęt ciężki, armaty, wozy bojowe, samoloty etc. Sytuacja w armii powoduje, że zbiory muzealne są coraz bogatsze. Niemal z dnia na dzień pojawia się coś nowego. Śmieje się nasz bohater, że im miej pieniędzy na wyposażenie armii, tym on ma więcej eksponatów. Stanisław Gabryś ma w sobie radość życia górala i także jego upór. Pewnie dzięki temu doszedł tak daleko w realizowaniu swojej pasji.

    Czy mając tyle za sobą, można mieć jeszcze jakieś marzenia? A jeśli, to jakie?

    Moje marzenia w zasadzie realizują się każdego dnia. Bo pomnik na cmentarzu może i będę miał. A ten tutaj – muzeum – to jest i wciąż się tworzy. To było zawsze moje marzenie. Pozostawić po sobie dla potomnych trwały pomnik, który będzie służył przez dziesięciolecia, jak nie setki lat. Marzyłoby mi się jeszcze poszerzenie tej mojej łąki, na której będą może niedługo stały m.in. czołgi.

    Wacław Piechocki

    [photospace]