Tkanie życia: Małgorzata Jaśkowiak

    5

    Wywiad z, niekoniecznie, tylko jednym pytaniem.

    Ma kilka ulubionych słów, które w pełni mogą ją opisać. To spokój, przyjaźń, ciepło. Boi się i nie akceptuje zdecydowanie wulgaryzmów w przeróżnych przejawach, a także cynizmu i obłudy. Wszystkiego, czym można zranić innych ludzi.

    Świdniczanka od urodzenia. Dzieciństwo i wczesną młodość spędziła w jednej z dzielnic nazywanych Kolonia. To dwa osiedla domków typu „fińskiego”, pobudowane przed wojną, a mające służyć obsłudze lotniska wojskowego pomiędzy Świdnicą a Pszennem. Wyjeżdżała i powracała do Świdnicy. Ostatecznie po ukończeniu studiów wróciła na dobre. Twierdzi, że mogłaby spokojnie mieszkać na wsi, bo jest w niej niewiele z zatwardziałego mieszczucha. Świadczy o tym także jeden z zawodów, który posiadła – technik ogrodnik. Choć jej mąż uważa, że ta szkoła była pani Małgosi potrzebna, by znaleźć właśnie jego. Bo rzeczywiście, oboje Jaśkowiakowie ukończyli to samo technikum. Łączy ich także miłość do ziemi i nieukrywana przyjemność z pracy na niej. Ale zawodowym spełnianiem się od ponad dwudziestu lat jest praca psychologa. Początki były dość nietypowe. Młodzieńcza fascynacja ruchem oazowym, pomaganiem innym – potrzebującym i nieakceptowanym ze względu na swoje ułomności, radość z tego, że można być pomocnym i coś może się szczęśliwe zakończyć – to wszystko sprawiło, że psychologia stała się jedynym sensownym wyborem. Choć nie jest to praca wymierna i jej efekty nie są widoczna od zaraz. Ale najważniejsze jest to poczucie bycia potrzebnym dla innych, słabszych  i mniej odpornych. Takie przekonanie nie jest obce naszej. Stąd ponad dwudziestoletni staż pracy w poradni psychologiczno – pedagogicznej.

    Jednym z najważniejszym słów w życiu Małgorzaty Jaśkowiak jest „rodzina”. Ona nadaje sens życiu i je tworzy. Szczególnie, gdy się jest matką czwórki dzieci. Trzeba przekazywać im to, co najważniejsze – uczyć miłości, szacunku do innych, odpowiedzialności, empatii, ale jednocześnie nie można odbierać im prawa do samodzielnego wyboru drogi. To jest chyba najistotniejsze, co nasza bohaterka przekazała swoim dzieciom. Chciałaby też pomóc im w staniu się dobrymi ludźmi.

    Wspólnie z mężem, Krzysztofem, są uczestnikami kościelnego ruchu, który nosi nazwę „Domowy kościół”. Ruch, stworzony przez ks. Franciszka Blachnickiego,  jest dla pani Małgorzaty kontynuacją jej wcześniejszego realizowania się w ruchu oazowym. Wspólnota ludzi wierzących, w której poszukuje się szerszych i bardziej wzbogaconych doznań religijnych niż tylko te tradycyjne. „Domowy kościół” pozwala osobiście i na płaszczyźnie rodziny poszukiwać Boga poprzez pracę nad sobą i spotykanie się z innymi ludźmi. Dla naszej bohaterki to bardzo ważne doświadczenie, które ma wymiar duchowego wzbogacania siebie i swoich najbliższych. Wiara w jej życiu jest obecna przez cały czas. Dzięki niej miała najwspanialszy ślub na wrocławskiej pielgrzymce na Jasną Górę. Na tym weselu na wielkiej zielonej łące bawiło się 400 osób.

    Czy realizując się codziennie, ma pani powód do marzeń? A jeśli, to jakie one są?

    – Pewnie, mam ich całą masę. O tych osobistych i skrytych nie powiem, bo są tylko i wyłącznie moje. Ale te związane z pracą zawodową, to żeby czerpać z niej jak najwięcej przyjemności i spełniania się. Z innych – marzyłam kiedyś, by wypić kawę na placu św. Marka w Wenecji i ….spełniło się. Marzyłam, by spojrzeć na panoramę Rzymu z kopuły Bazyliki św. Piotra i … spełniło się.
    Z takich lekko szalonych – chciałbym skoczyć ze spadochronem i wspinać się po Andach. Nosi mnie po świecie, choć jestem domatorką i słoiki z przetworami to także moje królestwo. A jednym z tych lekko zakręconych, ale zupełnie realnych marzeń, jest wysłuchanie koncertu noworocznego w Wiedniu, który każdego pierwszego stycznia Nowego Roku jest transmitowany dla milionów melomanów na całym świecie. Może i to się spełni.

    Wacław Piechocki