Skuteczne zaklęcie – „Tak chcę!”

    0

    Któż z nas nie marzy o tym by zmienić pracę, samochód, może zdecydować się i założyć własną firmę, rzucić palenie, nauczyć się jeździć na rowerze, czy grać w brydża? Czasami do takiego planowania wystarczy, że zaczynamy nowy rok. Wówczas nazywa się to „noworocznymi postanowieniami”. Ale same postanowienia bez wewnętrznego imperatywu to za mało. Bo planujemy, planujemy i zazwyczaj kończy się na niczym. Skąd to się bierze? Pewnie z braku wewnętrznej siły albo zapału, a najprościej – motywacji.

    Chyba nie uczą tego w szkole. A jeśli uczą, to ma to wymiar metody „kija i marchewki”. Jak nazywa to mądrze profesor Rafał Ohme ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, w materiale Aliny Gutek z ostatniego numeru „Zwierciadła”, ten rodzaj motywacji jest uzależniony od zewnętrznej nagrody lub kary. Robimy coś, bo ktoś nas za to wynagrodzi albo musimy zrobić coś, bo inaczej spotka nas kara. To podobno najmniej skuteczna motywacja oparta na presji zewnętrznej. Wystarczy, że nakładający obowiązek i nagradzający nie sprawdzą efektu, a już cała konstrukcja wali się. Identycznie jest z nagrodą pieniężną. Wystarczy przebić ją wysokością, a już pracownik zmieni pracodawcę.

    Inny rodzaj to identyfikacja z pracodawcą, szefem, przywódcą, idolem. Ślepo zapatrzony człowiek potrafi wytrzymać wszystko, byle tylko ujrzeć uśmiech na twarzy czy usłyszeć pochwałę od swojego Uwielbianego. Ale zdarza się, że mit pryska i wówczas wszystko pada w gruzy. Motywacja też.

    Chyba najbardziej skuteczna jest praca dla idei. Tu nie ma mocnych. Iluż pasjonatów mamy w naszych centrach naukowych, uczelniach, gabinetach doświadczalnych? Całe masy. Kiepsko wynagradzani idealiści dają z siebie wszystko i nie oglądają się, czy będą coś z tego mieli prócz satysfakcji bycia pierwszym. Kilka dni temu kilku studentów z Politechniki Białostockiej (tak – nie warszawskiej, ani wrocławskiej) wygrało prestiżowe zawody „łazików”, które mogłyby pracować na Marsie. Zostawili daleko w polu Amerykanów wspieranych przez naukowców z NASA i inne zespoły. A wydawać by się mogło, że prześliczne Podlasie to tylko urokliwe cerkwie, puszcze i chłopi na drewnianych wozach. A jednak nie. I jestem niemal pewien, że cały sukces oparty był na chęci bycia najlepszym i pierwszym w tej dziedzinie. Nie zapomnę jak celnie spuentował tą wygraną premier Pawlak na jakiejś konferencji prasowej – „Zawsze jesteśmy najlepsi wówczas, gdy trzeba coś dobrze zrobić i się nie narobić”. Mimo ironii, było to niezwykle trafne.

    Kiedyś dawno temu, gdy byłem na rozdrożu i nie wiedziałem, co zrobić ze swoim życiem moja nowo poznana koleżanka zdradziła mi swój przepis na skuteczną motywację. I nie była to zasada z jakiegoś amerykańskiego podręcznika pozytywnego myślenia, które ks. Natanek obłożyłby ekskomuniką. A może coś było w tym amerykańskiego. Brzmiała owa zasada dość prosto. Kiedy owa koleżanka chciała do czegoś dojść, powtarzała sobie kilka razy w tygodniu dwa słowa – „Tak chcę”. Podobno jej pomagało. A mnie? Nie pamiętam, chyba nigdy nie wypowiedziałem tego magicznego zaklęcia. Pewnie z obawy, bym nie zmienił się w pięknego i bogatego księcia z bajki.

    Wacław Piechocki