Metro nie traci na urodzie

    0

    Teatr „Studio Buffo”, nazywany najlepszym teatrem muzycznym w stolicy, niewątpliwie jest kopalnią talentów. Karierę w tym teatrze rozpoczynały  m.in. Kasia Groniec, Robert Janowski, Edyta Górniak czy Doda. Każde z nich zagrało w najbardziej znanym z tego teatru musicalu, „Metro”. Prapremiera miała miejsce 30.01.1991 r. i od tamtej pory spektakl cieszy się ogromną popularnością. Jest absolutnym hitem. Odpowiedzialny za scenariusz, reżyserię i choreografię jest dyrektor teatru Janusz Józefowicz, natomiast muzykę napisał Janusz Stokłosa, stale współpracujący z Józefowiczem.

    “METRO”. Gdzieś między fikcją a rzeczywistością … Uliczni grajkowie, śpiewacy i tancerze wystawiają na podziemnych peronach metra spektakl dla pasażerów. Jego twórcą i animatorem jest Jan, dla którego metro jest domem, a underground – sposobem na życie. Spektakl budzi sensację, a młodzi artyści otrzymują propozycję pracy w komercyjnym teatrze. To opowieść o marzeniach i rozczarowaniach, o pasji i zdradzie, o młodzieńczych ideałach i władzy pieniądza, a przede wszystkim to historia romantycznej miłości.  (źródło: www.studiobuffo.pl ). Tak w wielkim skrócie można opisać fabułę spektaklu. Już wcześniej znałem muzykę z tego musicalu, bo większość to znane powszechnie hity. Często nawet ludzie nie wiedzą, skąd te piosenki pochodzą. Jednak, gdy ostatnio byłem w „Buffo” na rewii, zderzyłem się z potężną dawką tandety (choć zabawa była niezła), dlatego bałem się, że to samo zastanę w „Metrze”. Na szczęście moje obawy były zupełnie niepotrzebne. Na scenie pojawiła się skromna, ale idealnie pasująca scenografia w postaci schodów i podestów, która dopełniono grą świateł i choreografią. Nie trzeba było nic więcej, by sprawić, aby ta malutka scena wyglądała jak wielka estrada. Trzeba przyznać, że te  światła tworzą genialny efekt w połączeniu z laserowymi efektami. Jedynie przeszkadzają, gdy świecą po oczach widzów.

    Zastanawiałem się, jak wyglądał ten spektakl, gdy grała pierwsza obsada właśnie z Edytą Górniak, Janowskim czy Groniec  na czele. Ciekaw byłem, czy było tyle samo energii i co się zmieniło przez te wszystkie lata. To co ja widziałem na scenie, to dużo energii i emocje, które były w aktorach już od pierwszych minut spektaklu. Nie opadły aż do końca. Anka (Natalia Srokocz) oraz Jan (Jerzy Grzechnik), to dwie główne postacie, które wykonują najwięcej  piosenek w tym spektaklu, które pokazują,  jak buduje się ich miłość oraz jakie emocje targają tym zamkniętym w sobie, zapatrzonym w swoje idee Jankiem. Jeśli chodzi o te dwie postacie, to aktorzy dobrani zostali idealnie. Oboje są bardzo dobrymi wokalistami i aktorami i muszę przyznać, że nie mogłem opanować przechodzących mnie dreszczy i łez, gdy Jan śpiewał „A ja nie”, a Anka „Szybę”. Coś pięknego. W reszcie obsady również znalazłem kilka ulubionych postaci, które mimo że grają drugoplanowe postacie, nie przechodzą bez echa. Na przykład skromny i trochę wstydliwy, utalentowany chłopak, który sam nie do końca wierzy w swoje możliwości, co powoduje, że w ważnych momentach, w których trzeba się wykazać, zżera go stres. W tej roli Artur Chamski. Zakręcona postać młodego chłopaka, marzącego o odegraniu się na swoim ojcu, który w niego nie wierzy, kreowana przez Krzysztofa Rymszewicza. Zapamiętałem również dwie fantastyczne panie, Monikę Ambroziak, która wykorzystuje dosłownie wszystkie swoje atuty, by dobrze zaprezentować graną przez siebie postać oraz Maria Tyszkiewicz, młoda, piękna, świetnie naśladująca w spektaklu Paullę, nie pozwala oderwać od siebie wzroku. W dodatku bardzo dobrze gra swoją postać oraz genialnie śpiewa. Cała grupa aktorów w całości tworzyła tak świetnie zgraną grupę wokalną, że nie dziwię się, że spektakl pojechał na Broadway, bo niczym nie odbiega od poziomu tamtejszych spektakli, jeśli chodzi o wokalne popisy. Na uznanie zasługują również choreografie stworzone przez Józefowicza, idealnie wykonane głównie przez zespół baletowy teatru, ale również w niektórych utworach przez cały zespół artystyczny.

    Krótko mówiąc, „Metro” to dziś kultowy, polski musical. Trzeba dodać, że mało teatrów muzycznych w Polsce porywa się na tworzenie własnych tytułów. W większości przypadków są to kupowane, broadwayowskie formaty, które wystarczy odegrać dodając odrobinę inwencji twórczej. Józefowiczowi się udało i szczerze mu tego gratuluję. Doprawdy długo będę pamiętał to, co czułem podczas spektaklu. Co najlepsze, myślę, że aktorzy też, mimo że grają już któryś rok z rzędu, nie są zmęczeni tym materiałem. Nie widać absolutnie nic negatywnego na scenie. Są tylko utalentowani, wrażliwi ludzi, którym się chce wyrażać emocje.

    Kamil Franczak