Z Aguilerą już nie po drodze

    0

    To niewątpliwie jedna z najbardziej znanych amerykańskich gwiazd muzyki. Nie ukrywam, że już od początku kariery śledziłem jej poczynania. Gdy wydała swój debiutancki album „Ginnie in a bottle”, świat oszalał na punkcie młodej, genialnie śpiewającej blondynki o bardzo dziewczęcej urodzie. Britney Spears wówczas gryzła paznokcie ze strachu, gdyż pojawiła się bardzo groźna konkurencja, która nie dość, że budzi takie samo zainteresowanie, to w odróżnieniu od Brit, potrafi dobrze śpiewać.

    Christina Aguilera po sukcesie pierwszej płyty, pięła się coraz wyżej, światowe trasy koncertowe umożliwiały sporej części ludzi na świecie nacieszyć się jej show. Drugi album „Stripped” był prawdziwą trampoliną dla już trochę starszej Krysi. Mocna zmiana wizerunku z grzecznej dziewczynki na odważną, wyuzdaną ladacznicę oraz nieco ambitniejsze piosenki, takie jak „The voice within” czy „Beautiful” spowodowały, że Aguilera cieszyła się jeszcze większym uznaniem i zaczęto ją traktować jak prawdziwą divę, nie tylko kolorową gwiazdkę z USA. Jednak wydaje mi się, że najlepszym dotychczas jej wydawnictwem była trzecia płyta „Back to Basics”. Wówczas gwiazda wystylizowana na Marylin Monroe z jeszcze bardziej ambitnym repertuarem podbiła moje serce na zawsze.

    Pierwszy singiel z tej płyty to „Ain’t no other man”, który pojawił się jeszcze przed wydaniem całego albumu. Byłem zadziwiony, bo ten kawałek zdecydowanie odbiegał od poprzednich kompozycji Krystyny. Powiało mi latami 70-tymi, a klip do tego singla potęguje takie wrażenie. Po zdobyciu „Back to Basics” zakochałem się już po pierwszym utworze „Makes me wanna pray”, który jest utrzymany w klimacie gospel. Chór Murzynów śpiewa razem z artystką tekst naprawdę pozytywny, traktujący o modlitwie. Słuchając tej płyty odniosłem wrażenie, że Aguilera poszła trochę w stronę jazzu,  trochę musicalu, który kojarzy mi się z graniem po małych zadymionych knajpkach. Takimi numerami zdecydowanie są zadziorny „Slow down baby”, szybki i dynamiczny „Back in the day”, erotyczny „Nasty naughty boy” oraz znany również jako singiel „Candyman”. Te piosenki mają w sobie takiego ducha, jakiego nie słyszałem u żadnego współczesnego artysty przez długi czas. Podoba mi się, że płyta jest podzielona na dwie części, z czego druga zapowiedziana jest jak rozpoczęcie przedstawienia cyrkowego. Zwariowany konferansjer w bardzo zwariowanym stylu zaprasza do wejścia na najlepsze show na Ziemi. Po tej zapowiedzi Aguilera śpiewa piosenkę „Welcome”, która jak pamiętam, wywołała u mnie ciarki. Ten numer jest tak nie Christinowy, że po wiele osób, którym go prezentowałem, nie chciało mi wierzyć, że to śpiewa Aguilera. Właśnie do części cyrkowej należą również wspomniane wcześniej „Candyman” oraz „Nasty naughty boy”. Warte uwagi są właściwie wszystkie piosenki z tej części, tutaj stworzony jest niepowtarzalny klimat przez takie utwory jak „I got trouble”, który brzmi jak odtwarzany z winylowej płyty przez adapter, czy „Mercy on me”. Ten kawałek zaś jest spowiedzią artystki przed Bogiem. Nie ukrywam, że jestem poruszony słowami, które wyśpiewuje tam gwiazda. Jednak prawdziwe łzy wzruszenia, wyciskają piosenki „Hurt” oraz „The right man”. Ten pierwszy opowiada smutną historię dziewczyny opuszczonej przez ojca, z resztą taki został zrealizowany do tego utworu klip. W większości piosenek Christina śpiewa genialnie, jednak czasem nadużywanie przez nią wszelkiego rodzaju ozdobników staje się męczące. Na szczęście w tych dwóch pięknych balladach postawiła głównie na emocje i nie przesadza aż tak bardzo, za co jestem jej bardzo wdzięczny. Trudno tu opisać każdy utwór, bo jest ich 22, jednak wydaje mi się, że naprawdę warto posłuchać chociaż kilku utworów z tej płyty, by zobaczyć, że nie bez powodu się nią zachwycam.

    Teraz Christina ma za sobą jeszcze kolejne trzy płyty „I come undone”, „Keeps getting better” oraz „Bionic”. Właściwie ta trzecia jest najbardziej jej autorskim albumem, bo dwa poprzednie, to składanki w stylu greatest hits. Aguilera boryka się również z problemem porównań do miłościwie panującej obecnie Lady Gagi przez co jej wizerunek został teraz nadszarpnięty więc rozpoczęła ponownie wykonywanie szybkich, prostych piosenek, by tylko powrócić na swój szczyt. Ja jednak nie towarzyszę jej już w tej drodze, ja zostałem przy „Back to Basics” i taką Krysię chcę znać.

    Kamil Franczak