Fatalna femme fatale

    1

    Nazywano ją księżniczką pop. Nawet sam król Jackson i królowa Madonna nie odmówili sobie tej przyjemności, by zaprosić ją do wspólnego występu, czy nagrania. Podbiła serca milionów ludzi na świecie i do dziś cieszy się ich wsparciem. Britney Spears to przede wszystkim wytwórnia hitów. Wylansowała takie przeboje,  jak „Baby one more time”, „Crazy”, „Born to make you happy”, „Oops! I did it again”, „Lucky”, „Stronger”, „I’m slave 4 U”, „I’m not a girl, not yet a woman”, „Toxic”, „Do something”, „Me against the music”, „Piece of me”, „If you seek Amy”, „Circus” i proszę mi wierzyć, mógłbym tak jeszcze długo wymieniać.

    Jak przystało na bardzo znaną gwiazdkę pop, jej życie prywatne stało się życiem publicznym. Swego czasu media interesowały się każdym rozdziałem jego rozdziałem. Od pierwszej miłości, przez dzieci, rozwód i inne perturbacje w życiu takie jak narkotyki, aż po kompletną depresję. Podczas bardzo trudnego czasu w swoim życiu wydała średnio przyjęty przez publiczność płytę „Blackout”, jednak później powróciła już w dobrej formie z albumem „Circus”, który podbił listy sprzedaży, a utwory z tej płyty nuci pod nosem wielu ludzi. Teraz przygotowała dla fanów kolejną płytę „Femme Fatale”.

    Przyznam szczerze, że przez cały czas trwania kariery Britney podziwiałem jej fenomen. Jest to artystka, która właściwie nie zajmuje się tworzeniem swoich piosenek, ani też jakoś specjalnie dobrze nie śpiewa. Zastanawiałem się, co tym razem zaprezentuje Spears. Myślałem, że będzie to coś na miarę takich gigantów jak „In the zone”, czy chociażby „Circus”. Niestety, myliłem się. Gdy pojawił się pierwszy singiel „Hold it against me”, byłem nieco zażenowany. Byłem pewien, że piosenka pojawia się w stacjach radiowych tylko dlatego, że wykonuje ją właśnie panna Brygida. Tandetny taneczny beat i składającą się z trzech dźwięków zwrotkę ratuje jedynie refren, który rzeczywiście jest melodyjny i nawet da się go przesłuchać. Jedyne, co mnie ucieszyło to fakt, że w tej piosence nie usłyszałem tak dużo ingerencji komputerowej w ścieżki wokalne, jak zdarzało się w poprzednich produkcjach tej artystki.

    Niestety, myśląc, że tak będzie w przypadku całego albumu, byłem w błędzie. Już pierwszy utwór „Till the world ends”, który również jest utrzymany w klimacie disco, nie zachwyca, a wręcz przelatuje niezauważony. Na trzeciej pozycji, w piosence „Inside out” znalazłem na szczęście coś innego niż taneczny beat. Wręcz jest to coś na wzór ballady w stylu r’n’b. Jednak nie mogę wytrzymać z tą ilością komputerowych efektów na wokalu. Zepsuła piosenkę, która ma niezły potencjał. Kiedy już miałem nadzieję, że repertuar zacznie się urozmaicać, dotarłem do piosenki „I wanna go”, miałem ochotę przestać słuchać tego albumu. O co chodzi? Czy to jest jakiś konkurs między artystkami Lady Gagą i Spears o to, kto zrobi najbardziej taneczną płytę. Utwór „How I roll” niby mógłby być taneczny, ale został jednak zaaranżowany na wesoły kawałek, przy którym można pobujać mimowolnie głową. Tutaj już mniej denerwuje mnie elektroniczny głos Britney, bo pasuje do klimatu piosenki. Na temat piosenek „Seal it with a kiss” „Big fat bass” w duecie z Will.I.Am.’em z Black Eyed Peas, po prostu się nie wiem co mam napisać. Czuje się po nich totalnie odmóżdżony tępym beatem i okropną kompozycją, jeśli tak to w ogóle można nazwać. „Trouble for me” mimo podobnego klimatu do poprzednich utworów, chociaż trochę reprezentuje jakiś poziom. Można nawet sobie podśpiewać z Britney. Natomiast „Trip to your heart” to numer, który sprawia wrażenie jakby był napisany dla Kylie Minogue. W sumie podobałby mi się nawet w jej wykonaniu. Wersja Britney jest nieco płaska i plastikowa. Zostały mi dwa utwory do końca. Odtwarzam „Gasoline” i na szczęście pojawiła się piosenka, która zaczęła się gitarą elektryczną. Moja radość była nie do opisania, bo już myślałem, że nie usłyszę żywego instrumentu na tej płycie. Ostatni utwór „Criminal” jest trochę jakby z innej bajki, co uważam za dobry pomysł, bo to chyba jest jedyna piosenka, którą bez przymusu przesłuchałem od początku do końca. Zabawne są słowa w refrenie, nie ze względu na jakiś głupi temat, a raczej ze względu na moje pierwsze skojarzenie. Padają tam słowa „Mamma I’m in love with a criminal…”. Nie sądzicie, że to coś w stylu „Oj mamo, mamo, mamo, ja kocham się w Cyganie…”?

    Szkoda, że Britney przestała chociaż próbować śpiewać tak, by kogoś to trochę zainteresowało. Nie wiem, co chce osiągnąć tworząc tak mało odkrywczą muzykę, która właściwie gdyby nie znana marka Britney Spears, nie zdobyłaby zbyt dużego grona fanów. Obecnie mam wrażenie, że ta artystka nie ma już aspiracji, by zachować tytuł księżniczki pop. Raczej interesuje ją ciepła posadka pazia królowej tandetnego disco.

    Kamil Franczak