Tkanie życia: Arkadiusz Wojnowski

    3

    Wywiad z, niekoniecznie, jednym pytaniem.

    Zna go w Świdnicy wielu,  począwszy od urzędników we wszelakich urzędach a skończywszy na „gniewnych”, dzisiaj młodzieńcach, a nie tak dawno dzieciakach z podwórek przy ulicy Kościelnej. Grywał z mini w „kosza”, ping-ponga, a nawet zaliczył rowerowy rajd przez Zagórze Śl. do Książa. Przeżył pięciu lub sześciu ostatnich komendantów świdnickiej policji. Nauczyciel wychowania fizycznego z wykształcenia, a policjant z wyboru podyktowanego rozsądkiem. Niezwykle konkretny, pragmatyczny i zawsze podejmujący decyzję po dogłębnej analizie ewentualnych skutków. W młodości przez osiem lat, jak sporo część młodych wałbrzyszan, bo stamtąd pochodzi, kopał piłkę na boisku klubu Górnik Wałbrzych. I może by pozostał wierny sportowi, gdyby nie kontuzja, ale i przeświadczenie, że wówczas ze sportu nie można było zapełnić bezpieczeństwa swojej rodzinie. Arek jest rzadkim typem faceta, który z pełną odpowiedzialnością traktuje sprawy swoich najbliższych. Wie, że najważniejsze w życiu jego dwóch synów to solidna edukacja. Dlatego młodzi Wojnowscy nie tylko szkolą znajomość języków obcych na wszelkiego rodzaju dostępnych kursach. Nie zapominają, jak cała rodzina, o tym, że ruch i aktywność jest podstawą dobrego samopoczucia i zdrowia. Organizatorem życia sportowego-rekreacyjnego jest w domu jego żona, także nauczyciel wychowania fizycznego w jednej z wałbrzyskich szkół.

    Arek Wojnowski był pierwszym rzecznikiem prasowym świdnickiej policji, który dzięki swojej otwartości i kreatywności stworzył skuteczny i przyjazny model kreowania wizerunku służby, nie zawsze dobrze odbieranej przez społeczeństwo. Może dlatego, że zna swoją pracę niemal na wylot. Jest jednym z nielicznych negocjatorów policyjnych, a obecnie pełni funkcję szefa dzielnicowych i pionu ds. nieletnich. Mimo tego, że praca jest niezwykle stresująca wszystkie emocje z nią związane pozostawia, jak to obrazowo mówi – „w szafie”, czyli wówczas, gdy po pracy ściąga mundur i pozostawia go w służbowej szafie. Ma sprawdzony sposób na możliwe skutecznie pozbawienie się stresów i napięć – uprawia przydomowy ogród, który jest jego prawdziwą dumą. To grzebanie się w ziemi i takie swojskie „urobienie”  pozwala zapomnieć o wszystkim i zregenerować siły i psychikę. Znam go prawie dziesięć lat i zawsze imponował mi tym swoim poukładaniem i spokojem. Choć przyznaje, że łatwiej mu radzić innym niż rozwiązywać czasami swoje problemy. Ale tu pomaga mu rozwaga i stoicki spokój. Lubi pomagać innym, szczególnie młodzieży. Pewnie dlatego kilkakrotnie uczestniczył w unijnych projektach skierowanych na pomoc młodzieży trudnej, a z żoną pełnili rolę opiekunów na koloniach Towarzystwa Przyjaciół Dzieci.

    Czy będąc tak poukładanym i przewidywalnym człowiekiem, można pokusić się o odrobinę fantazji, szaleństwa i mieć marzenia zupełnie nieprzystające do rzeczywistości?

    Pewnie można, choć w moim przypadku to trudne. Ja najpierw oceniam realność takiego marzenia i kiedy wychodzi mi, że nie dam rady – stopuję. Chciałbym zwiedzać świat np. przejechać rowerem przez Mur Chiński albo odetchnąć powietrzem Tybetu, czy odwiedzić podobne zakątki. Ale zaraz włącza mi się kalkulator i wychodzi – „nie stać cię na to!” No i tak to jest. Moje wcześniejsze marzenia zazwyczaj dotyczyły sportu, bo z nim byłem związany od wczesnych lat. Teraz czasami, kiedy oglądam jakiegoś super piłkarza mówię swoim synom – „Ja kiedyś też tak grałem”. To jest tak, jak z tym Murzynem – koszykarzem w filmie „Miś”. Dzisiaj moim największym marzeniem jest, bym doczekał spłaty ostatniej raty kredytu hipotecznego. I niech tak się stanie!

    Wacław Piechocki