Prawdziwy rodzynek polskiej sceny

    0

    W tym tygodniu odświeżam kolejną ważną dla mnie płytę. Ważną dlatego, że gdy słuchałem jej, odkrywałem przeróżne tajemnice, jakie kryje muzyka. Zanim jednak przejdę do opisu tej płyty, przedstawię samego artystę. Pierwszy raz usłyszałem go jeszcze w liście przebojów 30 TON, która kiedyś była jedną z najpopularniejszych list w naszym kraju. Zagościła tam jego piosenka pod tytułem „Siłacz”. Wydawała mi się wtedy taka inna, ze względu na styl śpiewania i klimat, jaki wprowadził do tej piosenki. Zagościła ona również na dobre w stacjach radiowych, dzięki temu osłuchałem się z nią i utwierdzałem się w przekonaniu, że Marcin Rozynek, to prawdziwy rodzynek na naszej polskiej scenie.

    Po pierwszych dokonaniach Marcina miałem dystans do jego twórczości. Uważałem ją za dobrą, ale nie przysłuchiwałem się jej jakoś specjalnie. Kiedy usłyszałem pewnego dnia w radiu piosenkę pod tytułem „Historia miłosna”, oniemiałem. Totalnie nie wiedziałem, co powiedzieć i co myśleć. Zrobiła wtedy na mnie tak ogromne wrażenie. Nie potrafiłem tego pojąć, jak można tak subtelnie i niebanalnie bawić się dźwiękiem. Stwierdziłem tym razem, że muszę posłuchać płyty „On-Off”. Był wtedy 2006 rok, a ja brałem udział w Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie jako chórzysta genialnej wokalistki Ewy Szlempo. Ten festiwal to ogromne wydarzenie i ciekawiło mnie oczywiście wszystko, co z nim związane, jednak „On-Off”, była ciągle w moich słuchawkach. Z nią było ciekawiej, z nią było odkrywczo, w niej słyszałem to, w czym wówczas chciałem słyszeć siebie. Pierwszy utwór „Deszczowe dni”, ma tak ułożoną linię melodyczną, że nie sposób się nie zamyślić i bujać w obłokach. Zaś „Jeśli pragniesz”, pokazało mi, jak fajnie można bawić się rytmem. Nigdy wcześniej nie próbowałem śpiewać utworów, w których rytm jest łamany, a Marcin tak pięknie to wykorzystał w tej piosence, że od razu nabrałem chęci, by próbować samemu coś takiego robić. Obok „Historii Miłosnej” i „Deszczowych dni”, moje ulubione piosenki to „Każde wielkie”, „Przybysze”, „Nocy ciemność rozwieszona nad” i „Najpiękniejsza katastrofa”. Nie mają one wspólnego mianownika, bo każda jest zupełnie inna. W każdej z nich kompozycja i tekst reprezentują bardzo wysoki poziom artystyczny.

    Wtedy, gdy fascynowałem się tą płytą, przeczytałem gdzieś w internecie zasmucającą informację. Mianowicie, że tytuł płyty „On-Off” oznacza, że Marcin już powiedział to, co chciał powiedzieć i kolejnej płyty już nie będzie. Jeśli to jest prawda, to na szczęście kilka lat później coś mu się jeszcze przypomniało i podzielił się z nami ponownie. Gorąco zachęcam do posłuchania tej płyty, bo to, tak jak mówiłem, prawdziwy rodzynek.

    Kamil Franczak