Tkanie życia: Sławek Mazurek

    11

    Wywiad z, niekoniecznie, tylko jednym pytaniem

    Znaczy „prosty człowiek” – tak miał brzmieć pierwotny tytuł trzeciego odcinka „Tkania życia”. Zrezygnowałem ostatecznie z niego, bo wydawał mi się pretensjonalny i niewiele mówiący o bohaterze. Kilka lat temu było go wszędzie pełno. W mediach, życiu publicznym Świdnicy i na kilku innych poziomach. Wydawało się, że gdy otworzy się lodówkę zamiast światła pojawi się Mazurek. Na szczęście zniknął zanim został „znienawidzony” za zbyt częsty ogląd. Sam mówi, że dojrzał do tego i był to świadomy wybór. Może jest w tym trochę kokieterii, bo Sławek lubi żartować z siebie. Kiedyś zaszedł z Miłoszem, swoim synem do księgarni. W ręce wpadła mu książka „Leksykon polskich nazwisk”. Szukali genealogii swojego nazwiska. Najpierw był odnośnik do hasła „Mazur”. A tam wyjaśnienie – „prostak”. Jak wspomina, nie kupił tej książki. A syn, który także nosi jego nazwisko popatrzył na ojca dość dziwnie. Wyjaśnił mu, że to wcale nie znaczy, że są prostakami w tym najgorszym znaczeniu. Są prostakami, bo – kochają, nienawidzą, cenią sobie święty spokój i proste życie oparte o jasno wyrażona zasady. Nie prostackie, ale nieskomplikowane i proste życie. Niektórzy twierdzą, że zanadto mówi o sobie. Nie zaprzecza, ale twierdzi, że to wynik znajomości samego siebie. Wie, co robi dobrze i nie popada z przesadną skromność. Zna swoją wartość, ale także nie ukrywa, że np. nie umie pływać. Dopiero dwa lata temu zrobił prawo jazdy. Ale dzisiaj uważa się za dobrego kierowcę. Jeśli czegoś nie potrafi robić, to nie zabiera się za to. Uważa, że szkoda marnować na to czas i energię. Jego zdaniem, sprawdzenie swoich predyspozycji do robienia czegoś zależy od momentu naszego życia. Dzisiaj chce być dobrym ojcem, mężem i znajdować przyjemność w swojej pracy. W poszukiwaniu prostoty oddaje się bez reszty gotowaniu. Wszystko zaczęło się od nieznanego wówczas określenia „sybaryta”. Chciał zacząć czerpać ze swojego życia jak najwięcej przyjemności. A że do tego trzeba czasu, którego nie miał. I pieniędzy, których też nie było zbyt wiele – zaczął od kuchni. Przyjemnością miało być i stało się gotowanie, a także robienie przeróżnych wyrobów. Były najróżniejsze własnego pomysłu wędliny. Dwa lata temu rozpoczął produkcję serów z krowiego mleka. Najpierw przywoził je spod Kłodzka, bo okazało się, że w okolicznych wsiach nie ma krowy, od której można kupić mleko.

    Od niedawna ma swoją „zaprzyjaźnioną”, bezimienną krowę w Jugowicach, od której właścicielki kupuje mleko potrzebne do wytwarzania serów. Robi je i wędzi. Zjada je wraz ze swoją rodziną, ale i sporo serów rozdaje. Przygotowuje się do tego, by spełnić swoje marzenie. Ale póki, co, robi wszystko by przekonać do niego swoją żonę – Agnieszkę. Na razie słyszy – „nie”.

    W taki razie, jakie są proste marzenia prostego człowieka, który ma zaprzyjaźnioną krowę i potrafi wytwarzać sery z jej mleka?

    Moje marzenia to dom na skraju wsi. I kontakt z ludźmi zależny tylko ode mnie. Wybór czy chcę czyjegoś towarzystwa, czy nie jest tylko mój. Mając trzydzieści pięć lat wiem, czym jest przyjemność bycia samym ze sobą i najbliższymi. Jeszcze pięć lat temu lubiłem chodzić po górach z przyjaciółmi. Dzisiaj wolę zdecydowanie robić to sam. Nie nudzę się przy tym nawet przez sekundę. Życie na skraju wsi na razie nie jest do spełnienia. Ale przygotowuję się do niego. I przekonuję do niego najbliższych. To trudne, bo i dzieci są jeszcze za małe i moja żona nie jest przekonana o tym wyborze. Chata na skraju wsi będzie wówczas, gdy dzieci będą samodzielne i gdy ja dojrzeję na tyle, bo powiedzieć – To już teraz!

    Wacław Piechocki