Tkanie życia: Beata Norbert

    3

    czyli wywiad z, niekoniecznie, jednym pytaniem, ale za to z niezwykle intrygującymi osobowościami

    „Lawendowy” świat Beaty

    Na wsi, w której mieszka, mało, kto wie, z czego jest znana. A jej sława sięga od Odry i Nysy Łużyckiej do Bugu. Sam dowiedziałem się o niej przez zupełny przypadek. Bliska mi osoba przeczytała artykuł o jej lawendzie w jakimś „babskim” czytadle. Było to zupełnie zaskoczenie, bo ilekroć bywam z rodzinnym domu widzę Jej pracownię i ogród. Beata Norbert, – bo to o niej ten wstęp, mieszka w Pszennie od blisko 18 lat. Wcześniej była jeszcze Jaworzyna Śląska. Ale przez okres szkoły średniej i studiów mieszkała w Świdnicy. Ukończyła informatykę z zarządzanie na Politechnice Wrocławskiej. Pracowała jako logistyk w firmie polsko-holenderskiej produkującej otuliny termoizolacyjne. Przez przypadek zaczęła pracować w końcu na własny koszt. Najpierw zajmując się materiałami izolacyjnymi w branży budowlanej. Później zauroczyła się uprawą i przeróbką lawendy. Miłość do tej niepokaźnej, ale wyjątkowej byliny będącej symbolem Prowansji „wybuchała” wraz z wizytą cioci naszej rozmówczyni. Amerykańska krewna przyjechała do Polski prawie 6 lat temu i zaraziła Beatę „lawendowym” czarem. I tak się zaczęło. Najpierw był 2 ary lawendowych krzaczków. Teraz plantacja zajmuje ponad 6 arów i nie będzie się powiększała. Jak twierdzi Beata Norbert, uprawa jest bardzo pracochłonna, a chętnych do pracy przy lawendzie nie ma. Prócz uprawy i konfekcjonowania lawendy szyje także szmatkowe drobiazgi dla agencji reklamowych. Szczególnie w okresie przedświątecznym jest spore zainteresowanie obrusami, poduszkami, serwetkami i tego typu galanterią ze świata szmatek.

    Pani Beata należy o tych wyjątkowych ludzi, którzy z przyjemności zrobili sobie pracę. Robi to, co lubi i co sprawia jej radość. Nie jest jednak typem „długodystansowca” i dość szybko nudzi się tym, co za długo robi. Poza mężem, jak mówi, który od lat jest ten sam.

    Postanowiliśmy namówić Beatę Norbert o zwierzenia niezwiązane z tym, co robi. Oto, co z tego wynikło:

    Jeśli z przyjemności potrafiła Pani uczynić swoją pracę, to zapewne nie ma Pani także problemów z marzeniami. Nie takimi powszednimi typu – „zbuduję dom”, „posadzę drzewo”, czy „urodzę syna lub córkę”, ewentualnie pojadę do Egiptu. Ale z takimi, które lęgną się gdzieś z tyłu głowy i ujawniają w wyjątkowych chwilach. Marzeniami czasami zupełnie absurdalnymi, ale świadczących o tym, że potrafimy „zaszaleć” z naszą wyobraźnią. Czy ma Pani takie zwariowane marzenia?

    – Po pierwsze marzę o tym, by pojechać do Nowej Anglii. Rejonu na północnym-wschodzie Stanów Zjednoczonych, kolebki kultury a jesienią rejnu bajecznie kolorowych lasów. Pisze o nim John Irwing, którego pasjami ostatnio czytam. I widzę to wszystko w jego opisach. Tak maluje obrazy Nowej Anglii, że bez reszty to mną zawładnęło. Dosłownie, jak określa się to najpełniej – do szpiku kości. Na razie jest to poza moim zasięgiem finansowym, ale…. John Irwing „otumanił” mnie tą Nową Anglią, Próbował to „sprzedać” znajomym, ale jakoś nikt tego nie „łyka”. Wszyscy, a może tylko większość chce do Toskanii. Ja też bym tam pojechała i zrobiła trochę zdjęć. Ale to mnie tak nie „napędza” jak wspomniana Nowa Anglia. A drugie marzenie związane jest z moją drugą pasją – fotografowaniem. Chciałabym dojść do takiego etapu w  jej poznawaniu, że wymyśliłabym sobie zdjęcie. Zrobię je. Obejrzę na monitorze i powiem – właśnie tak chciałam. To jest właśnie TO! Na razie nic takiego się nie zdarzyło i póki, co, na to się nie zanosi. Wiem, że kiedyś to nadejdzie. Mam świadomość, że nie osiągnę szczytu technicznego. Ale chciałbym przeżyć moment takiego fotograficznego spełnienia. Na razie moje zdjęcia są płaskie. Kiedy widzę przedmiot to wiem, jak chciałbym go sfotografować. Tak go przekazać, by żył. A na razie jeszcze nie doszłam do tego. Moje marzenia są po to uruchamiane by się spełniły. Wtedy mają one sens. Są rodzajem samospełniającej się przepowiedni.

    Dziękuję za rozmowę.

    Wacław Piechocki