Gross Rosen. Dlaczego tu wracają? [FOTO]

    0

    Tadeusz Wiktorowicz był nastolatkiem, gdy wprost z warszawskiego Pawiaka w 1942 roku trafił do niemieckiego obozu Gross Rosen. – Pracowałem tu w kamieniołomie, na górze – wspomina straszy dziś pan. – Praca była niewolnicza, był głód, bicie i śmierć dookoła. Przetrwałem tu rok. Potem wywozili mnie do kolejnych obozów.

    Do Gross Rosen przyjechał po raz trzeci na organizowaną zawsze na początku września mszę polową w rocznicę wybuchu II wojny światowej. I zapowiada, że będzie wracał dopóki sił wystarczy. Dlaczego? – Nie wiem, ciągnie mnie do tych kamieni – rozkłada bezradnie ręce. – Ten ból nigdy się nie skończy, ani pamięć o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia co ja.

    Przez Gross Rosen i jego liczne podobozy przeszło 120 tysięcy więźniów wielu narodowości. Życie straciło 40 tysięcy. Coraz mniej ocalałych przejeżdża na mszę polową. W tym roku odczytano listę 16 zmarłych w ostatnich miesiącach, którzy jeszcze niedawno szli w kolumnie pod ołtarz. – Jest ledwie kilka osób, ale za to zjawiają się całe rodziny tych, którzy już odeszli – mówi Andrzej Gwiazda, dyrektor Muzeum Gross Rosen. W celebrowanej przez biskupa pomocniczego diecezji świdnickiej Adama Bałabucha mszy udział wzięło około 1000 osób. Wśród nich Harcerze ZHR, kombatanci, przedstawiciele lokalnych samorządów i mieszkańcy gminy Strzegom. Po nabożeństwie pod pomnikiem ofiar złożono wieńce. – O tym miejscu nigdy nie wolno zapomnieć – zgodnie mówią ci, którzy przeszli przez Kamienne Piekło.

    [photospace]