Strona główna Wydarzenia Świdnica Wspomnienia Mariana Dziwniela

Wspomnienia Mariana Dziwniela

1

Przewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność ŚFUP w Świdnicy, internowany13.12.1981 – 27.02.1982

Dwunastego grudnia uczestniczyłem w uroczystości poświęcenia sztandaru Solidarności w zakładzie Bielbaw w Bielawie. Wróciłem późno, nie zdążyłem jeszcze się położyć, gdy około godziny 2.00 rozległo się stukanie i dzwonienie do drzwi. To była milicja, chcieli wejść, bo podobno okradli nam piwnicę i trzeba spisać protokół.

marian-dziwnielGdy żona otworzyła drzwi, do mieszkania weszło czterech umundurowanych i uzbrojonych milicjantów oraz jeden w cywilu. Szybko domyśliłem się o co chodzi, przed tygodniem, gdy byłem w Warszawie przestrzegano mnie, że szesnastego grudnia będzie wprowadzony na terenie całego kraju „stan wyjątkowy”. Szyby więźniarki, do której mnie wsadzili, były zamalowane. Wysadzili nas, bo nie byłem sam, przed Komendą Wojewódzką MO w Wałbrzychu.

Po spisaniu, a właściwie po sprawdzeniu naszych danych osobowych, dowiedziałem się, że zostałem „internowany” za nawoływanie do niepokojów społecznych. Zaprowadzono nas do brudnych, cuchnących cel, poupychano jak sardynki w puszce. „Pościel” to był brudny koc i twardy materac. Rano wprowadzono do celi nowego lokatora, który od razu zapowiedział, że rozpoczyna strajk głodowy. Przedstawił się, że jest działaczem „Solidarności” z Ząbkowic, ale był jakiś dziwny. Nie brał posiłków i nigdy nie narzekał na głód, ale był często wzywany na „rozmowy”, wtedy zrozumiałem, że nie należymy do tego samego związku. Po kilku dniach do celi wprowadzono Jurka Szulca – Przewodniczącego „Solidarności” Regionu Wałbrzyskiego.

Wszyscy moi koledzy ze Świdnicy byli po rozmowach z oficerami SB. Powracający krzyczeli na korytarzu, o co pytają, niektórych już wywieźli z Wałbrzycha, a ja ciągle nie byłem wzywany na rozmowę. W końcu milicjant wywołał mnie z celi, wyszedłem i zobaczyłem, że czekało na mnie dwóch, a jeden w odpiętej kaburze miał pistolet. Zacząłem się bać, przez myśl przelatywało wszystko, co przeczytałem o strzelaniu w potylicę. Szliśmy niekończącymi się korytarzami, gdy zobaczyłem toaletę. Zapytałem czy mogę z niej skorzystać, pozwolili. Wszedłem, spojrzałem w lustro nad umywalkami i widząc swoją twarz, roześmiałem się. Ten śmiech z samego siebie był antidotum na moje paskudne samopoczucie.

Wprowadzono mnie do biura, kazano usiąść. Na stole, zobaczyłem rozłożoną gazetę z treścią zarządzenia o wprowadzeniu stanu wojennego. Siedzący za stołem pozwolił mi przeczytać. W artykule napisano, że można składać do komendanta KW MO odwołania od decyzji o internowaniu. Powiedziałem, że chcę się odwołać, dostałem papier i długopis, a ponieważ w tamtym czasie studiowałem zaocznie prawo na Uniwersytecie Wrocławskim, więc byłem nieźle przygotowany. Kiedy skończyłem, esbek schował mój elaborat do szuflady i wyjął zapisaną karteczkę, którą kazał mi podpisać. Zerknąłem, a tam było napisane: „zobowiązuję się przestrzegać”, zobowiązuję „nie łamać”, esbek pośpieszył z wyjaśnieniem, że jak podpiszę to zaraz stąd wyjdę. Powiedziałem, że nie podpiszę.

Oficer wyszedł, jego miejsce zajął inny; ten zaczął mi przytaczać dowody naszych solidarnościowych „zbrodni”. Czegóż tam nie było?… – gromadzicie broń, ustalacie listy aktywnych członków partii, których będziecie rozstrzeliwać, no i najcięższy zarzut: dążycie do obalenia władzy ludowej w PRL. Nastąpiła zmiana za stołem, teraz usiadł tam „dobry” esbek, on właściwie zgadzał się ze mną, też ma dość tej nieudolnej władzy i chciałby jej się pozbyć, no ale nie w taki sposób jak to czyni „Solidarność”. I cały czas namawiał mnie do podpisania. Zacząłem się targować, mówiąc co po wykreśleniu podpiszę, on wyszedł i wrócił po chwili mówiąc, że niczego nie będzie wykreślał. Kamień spadł mi z serca, bo w międzyczasie przypomniałem sobie, że Janek Lityński pouczał nas, żeby z esbekami nigdy nie negocjować, nic nie obiecywać, nie próbować ich wywodzić w pole; bo to są fachowcy.

Następnego dnia rano wraz z innymi poprowadzono mnie w stronę wyjścia. Wychodząc natknęliśmy się na grupę kobiet, jedna z nich krzyknęła, że zabito naszych w kopalni „Wujek”. Stanęliśmy jak wryci, przerażeni wiadomością. Ktoś zaintonował „Jeszcze Polska nie zginęła”, milicjanci byli zaskoczeni, kilku stanęło w pozycji „na baczność”, nie przeszkadzali, pozwolili dokończyć hymn. A potem zapakowali nas do więźniarek i przewieźli do aresztu w Świdnicy. Posadzili mnie w celi, której okna wychodziły w stronę ulicy Różanej. Gdy tylko świdniczanie dowiedzieli się, że w areszcie siedzą internowani, zaczęli przychodzić pod mury, a w naszej celi była wybita mała szybka, przez którą zaczęliśmy wykrzykiwać na zmianę słowa otuchy dla tych spoza murów. Żeby „uwiarygodnić się” nasze wykrzykiwania okraszaliśmy epitetami pod adresem WRON-u, partii, milicji, ZOMO.

W Wigilię Bożego Narodzenia pozwolono nam na pierwsze widzenia z rodzinami. Tego dnia strażnicy byli łaskawsi, przenosili z celi do celi nasze życzenia świąteczne, a nawet dzielili się z nami opłatkami. Warto wspomnieć, że strażnicy więzienni w zdecydowanej większości byli po naszej stronie. Pilnowali nas, bo taką mieli pracę, a szef jednej ze zmian opowiadał jak usiłował założyć „Solidarność” pracowników więziennictwa. Za to zdecydowanie negatywnie oceniam zachowania się esbeków. Z aresztu zaczęli wywozić nas na początku stycznia, konwojowali nas zomowcy uzbrojeni tak, jakby mieli konwojować wielokrotnych morderców. Przez rysy wydrapane w farbie, którą były zamalowane okna więźniarki staraliśmy się zorientować w jakim kierunku nas wiozą. Zastanawialiśmy się też, co zrobimy, kiedy się zatrzymamy i każą nam wysiadać. Rozpatrywaliśmy różne możliwości, a to, że rozbiegniemy się w różnych kierunkach albo, że rzucimy się na konwojentów i spróbujemy ich rozbroić. A może namówimy ich do przejścia na naszą stronę. Zachowywaliśmy się jak na wojnie, bo to była wojna; wojna polsko-jaruzelska.

Zawieziono nas do więzienia w Kamiennej Górze, byli tu już nasi koledzy przywiezieni wcześniejszym transportem. Skorzystaliśmy z możliwości „dobrania sobie towarzystwa” i wraz z Markiem Kowalskim i innymi świdniczanami znaleźliśmy się w jednej celi. Początkowo byliśmy zamknięci przez całą dobę, a raz w tygodniu mieliśmy prawo pójścia do łaźni, wyjście na spacerniak było dla nas błogosławieństwem. W każdą niedzielę mieliśmy w świetlicy odprawianą mszę św. W tym samym czasie po drugiej stronie murów gromadzili się mieszkańcy Kamiennej Góry i solidarnie modlili się z nami. Pewnego razu nasz ośrodek odwiedziła zagraniczna delegacja humanitarna, nie przywiązywaliśmy do tego większej wagi; nie sądziliśmy, że mogą nam pomoc. Ale pomyliliśmy się, bo dzień po tej wizycie nasze cele przestano zamykać w ciągu dnia. A po następnej wizycie dostaliśmy zagraniczne środki czystości i środki higieny osobistej. Zachowanie się strażników było inne niż w Świdnicy, unikali kontaktów z nami, zasłaniali się regulaminem i usiłowali traktować nas jak więźniów.

Gdy nasze cele zostały otwarte na cały dzień, zaczęliśmy tworzyć „kółka zainteresowań”. Byli wśród nas ludzie o wielu zawodach i zainteresowaniach, np. Antoni Matuszkiewicz, dyrektor Muzeum Dawnego Kupiectwa, który był równocześnie dziennikarzem niezależnej prasy związkowej i pisywał wiersze. Jacek Drobny – geograf i filozof, Janusz Romaniecki – chirurg, specjalista od operacji plastycznych. Karol Błaszczyk – górnik i przewodnik turystyczny. To wokół nich koncentrowało się nasze codzienne życie.

Kiedyś żona Ryśka Moździerza przywiozła mu druty i wełnę, a on zrobił sobie sweter z pięknym napisem „Solidarność” na piersi. Nosił potem ten sweter, ale przezornie nie afiszował się z nim przed esbekami. Pod koniec stycznia, esbecy opiekujący się kolegami z jeleniogórskiego założyli podsłuchy pod stołami w sali, gdzie spotykaliśmy się na widzeniach z rodzinami. Podsłuch został odkryty, jeleniogórzanie zdemolowali sprzęt i rozpoczęli strajk głodowy, a my solidarnie ich wsparliśmy. Od tego wydarzenia spotkania z rodziną zaczynały się od tego, że moi synowie nurkowali pod stół i sprawdzali w blacie nawet najmniejszy sęk i gwoździk.

Udało nam się przemycić do celi niewielki tranzystorowy odbiornik radiowy. Józek Golis słuchał RWE, Głosu Ameryki czy BBC i starał się jak najwięcej zapamiętać, potem podawał mi radio i słuchałem Radia Swoboda lub innych rosyjskojęzycznych stacji. Rano przychodził Karol Błaszczyk i przekazywał zasłyszane od nas informacje dalej. 6 stycznia 1982 roku z Uniwersytetu Wrocławskiego dostałem wezwanie do stawienia się na zajęcia na uczelni. Natychmiast napisałem do komendanta KW MO o pozwolenie uczestniczenia w zajęciach, otrzymałem jednak odpowiedź negatywną. Po kolejnym monicie z uniwersytetu napisałem prośbę do ministra spraw wewnętrznych. Z podobnym skutkiem. Wreszcie napisałem prośbę o przydzielenie asysty milicyjnej, która towarzyszyłaby mi na ćwiczeniach i wykładach. Obywatel komendant odpowiedział mi, że milicja „wypełnia inne, ważniejsze obowiązki”. Tymczasem pogarszał się stan zdrowia żony, pisałem więc podanie za podaniem o zwolnienie z internowania, ponieważ chciałbym kontynuować studia, ale pisałem równocześnie prośby o zwolnienie ze względu na stan zdrowia żony. Wiedziałem, że muszę wyjść, aby zaopiekować się dziećmi w czasie, gdy ona będzie w szpitalu.

Kiedy żona wysłała do MSW kolejną prośbę o zwolnienie mnie z internowania i dołączyła zaświadczenie lekarza o konieczności hospitalizacji, wreszcie to było chyba 19 marca, przyszła decyzja o zwolnieniu. Wraz ze mną został zwolniony Ludwik Tobiasz – przewodniczący NSZZ „Solidarność” z Fabryki Wagonów i Tadeusz Śliwka, kolejarz z zawodu.

Gdy wróciłem do domu, dwa dni później żona poszła na 3 miesiące do szpitala, a po wyjściu przyznano jej III grupę inwalidzką. Miała wtedy 35 lat.

W fabryce, w której byłem zatrudniony pozwolono mi wrócić, ale dostałem zakaz opuszczania stanowiska pracy. „Żadnego wałęsania się po fabryce” – powiedział mój opiekun fabryczny z SB. Wiedziałem i widziałem, że jestem śledzony na każdym kroku. Mimo to nawiązałem kontakt z kolegą kierującym podziemną „Solidarnością” w ŚFUP-ie i zdecydowaliśmy, że dla dobra Sprawy nie wejdę do ich struktur, ponieważ za bardzo byłem „pod lupą”, a do tego sam opiekowałem się dziećmi. Zaraz po wyjściu dostałem wezwanie do stawienia się na komendzie w Świdnicy, podczas jednego ze spotkań esbek uświadomił mi, że ja swoim postępowaniem „wrogim dla władzy ludowej” zamknąłem moim zdolnym dzieciom drogę do wyższych uczelni i dodał kpiąco: „no, chyba, że do seminariów duchownych…”

Próbowałem kontynuować studia, ostatecznie pozwolono mi zdawać zaległe egzaminy, zaliczyłem kilka przedmiotów, ale z powodu zwiększonych obowiązków rodzinnych, nie byłem w stanie dalej studiować. Pewnego razu rzecznik rządu Jerzy Urban ogłosił, że byli internowani mogą wyjeżdżać za granicę. Pomyślałem, że jest to szansa na rozwiązanie wszystkich moich problemów. Nadziei na poprawę sytuacji w Polsce nie widać, bratni Związek Radziecki trzymał się mocno, a w możliwość rychłego upadku komunizmu nie wierzył chyba wtedy nawet największy optymista.

Nie mówiąc nikomu, poszedłem do wydziału paszportowego z pytaniem, czy wypowiedź Jerzego Urbana dotyczy również tych internowanych, którzy zostali warunkowo zwolnieni. Odpowiedziano, że tak, więc poprosiłem o wymagane druki i poszedłem do szpitala, do żony. Chciałem wspólnie zastanowić się nad decyzją. Żona pod wpływem leków przeciwbólowych, była nieobecna, nie usłyszałem ani „tak”, ani „nie”, ani „zastanówmy się jeszcze”. Zrozumiałem, że podjęcie decyzji jest na mojej głowie. Dopiero gdy byliśmy już we Francji żona powiedziała, że dopiero tydzień przed emigracją dotarło do niej, że opuszczamy Polskę.

Któregoś wieczoru, przy kolacji powiedziałem do dzieci, że wyjeżdżamy z Polski, że to dla nich wyjeżdżamy. Brałem pod uwagę dwa kraje: Australię i Francję. Ponieważ wcześniej otrzymałem wizę francuską, nie wahałem się, chciałem jak najszybciej wyrwać się z PRL-u. Już po naszym osiedleniu się we Francji na adres świdnicki przyszła australijska wiza osiedleńcza. I dobrze, że tak późno, ponieważ do Francji czułem jakąś podświadomą sympatię.

Pod koniec czerwca żona wyszła ze szpitala, sprzedaliśmy dobytek, wykupiliśmy bilety lotnicze. Żona, będąca pod wpływem leków przeciwbólowych, była jakby nieświadoma tego co nas czeka. Dla dzieci, szczególnie dla najmłodszego, rozpoczynała się niecodzienna przygoda. Całą odpowiedzialność za podjętą decyzję dźwigałem sam.