Strona główna Magazyn Kino Idziemy do kina: Przyjaźń czy kochanie?

Idziemy do kina: Przyjaźń czy kochanie?

1

Niech was nie zmyli żartobliwa forma, bowiem obraz ten dalece wykracza poza komiczną otoczkę, którą wokół siebie wytwarza. To doskonały przykład produkcji, którą możemy rozpatrywać w podobnych kategoriach, co specyficzne kręgi ją wypełniające.

Przyjaźń czy kochanie

Na wierzchu jest jedynie filmem kostiumowym, kolejnym, sentymentalnym portretem umarłych czasów, wspomnieniem miłości czystej i niewinnej, rozpinającym się pomiędzy mnogością zaangażowanych osobistości oraz ich psychologiczną umownością. Bardzo szybko przekonamy się, że to tylko pozory – do historii przebiegłej wdowy doczepiono mnóstwo subtelnego humoru, a samej narracji towarzyszy pewne zamyślenie nad rzeczywistością. Tutaj właśnie znajduje się furtka do kilku tropów, które reżyser mimowolnie nam podrzuca – można opowieść tą odczytywać jako doskonałą, niewymuszoną alegorię współczesności, gdzie za wyszukanymi słowami i frywolnością czai się frustracja i desperacja; jako wyraz niezależności kobiet, będące tu płcią nie tylko zmyślną, piękną, ale przede wszystkim, niezaprzeczalnie sprytniejszą od mężczyzn. To wszystko wpisuje się w stylistykę klasycznego romansu, gdzie w miłosne przetasowania i wyrachowane knowania wpuszcza się trochę ironii, doskonale równoważącą predefiniowaną naiwność.

Jest to jednak seans nader intensywny, choć złożony głównie z dialogów. Przeskakujemy od postaci do postaci, dostajemy coraz szerszą perspektywę, ale brakuje tu momentów oddechu, pozwalających poukładać pewne zależności. Być może dobrze to nakreśla dynamikę tych relacji, natomiast pozostawia przeświadczenie, że przegapiłeś większość niuansów. Przeszkadza to bardziej, gdy faktycznie chcesz rozłożyć ten świat na części, dokładnie pooddzielać jego poszczególne aspekty i lepiej przyswoić konkretne sceny, bowiem reżyser odnajduje zaskakująco dużo urody w rozmowach. Nie chodzi wyłącznie o samą ich naturalność, płynność, energię, ale o estetykę. Owszem, dużą część z tego stanowią dopieszczone kostiumy, lecz przestrzeń, w jakiej całość się rozgrywa ma w sobie tyle wdzięku, pewnej ulotności, że już sama strona wizualna potrafi zwiększyć immersyjność.

To piękna iluzja, napędzana przez powierzchowność i doskonale złożone zdania, ale wewnątrz wszystko się rozpada. Postać Kate Beckinsale perfekcyjnie odzwierciedla ten proces – oschła i wyniosła wyniszcza ludzi wokół siebie pod płaszczem nienagannej etykiety, igraszki, ale film przygląda się temu z pobłażliwym uśmiechem, niejako umniejszając znaczenie czegokolwiek, skazując wszystko na pozytywne zakończenie. Jakby innej opcji nie było.

Kacper Poradzisz