Strona główna Bez kategorii Historyczny (nie) koniec festiwalu SPEKTRUM

Historyczny (nie) koniec festiwalu SPEKTRUM

5

Ostatni dzień Świdnickiego Festiwalu Filmowego SPEKTRUM był pretekstem do podsumowań i planów. Jednak zanim to one stały się głównym tematem dyskusji, publiczność miała okazję uczestniczyć w ostatnich festiwalowych wydarzeniach, które, jak na finał przystało, były szczególnie interesujące, choć oscylujące wokół jednego klimatu – historycznego.

071

Organizatorzy podczas zakończenia festiwalu

Na początek, w oryginalnej formie czechosłowackiego filmu noir,  przypomniane zostały czasy stalinowskie, w filmie David Ondříčka „W cieniu”, opowiadającym o aferze związanej z komunistyczną reformą monetarną. Później widzowie mogli przenieść się w nieludzkie czasy II wojny światowej, o jakich opowiedział Piotr Chrzan w filmie „Klezmer”, podejmującym kontrowersyjny temat „handlowania” Żydami przez Polaków. Wieczór zakończyła projekcja „Historii kina w Popielawach” Jana Jakuba Kolskiego, czyli retrospekcja do XIX wieku – momentu narodzin kina. Seansom towarzyszyły rozmowy z artystami: Lesławem Żurkiem (odtwórcą głównej roli w „Klezmerze”), Janem Jakubem Kolskim i Grażyną Błęcką-Kolską oraz producentką filmu  Ondříčka, Agnieszką Janowską.

Nieoczekiwanie, jednym z najciekawszych punktów niedzielnego programu okazała się projekcja trzech krótkometrażowych filmów młodych polskich twórców – „Dnia babci” Miłosza Sakowskiego, „Molocha” Szymona Kapeniaka i „Giganta” Tomasza Jeziorskiego. W kontekście idei festiwalu SPEKTRUM, który szczególną wagę ma przykładać do promocji młodego, polskiego kina, poseansową dyskusję z reżyserami i operatorką, Karoliną Zielińską można uznać za jedną z najważniejszych na tym festiwalu. Skupiła się ona wokół tematu trudności z jakimi zmagają się młodzi filmowcy. Najpierw nie mogłem pozyskać Anny Dymnej do filmu – wspomina Miłosz Sakowski – a koniecznie chciałem, żeby to właśnie ona zagrała babcię. Później nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego mieszkania, więc wynajęliśmy puste i w ciągu pół roku zrobiliśmy z niego profesjonalną melinę, jaką chciałem pokazać w filmie. – Organizowaliśmy castingi na głównego bohatera, na które nikt nie przychodził – dodają Karolina Zielińska i Tomasz Jezierski – a jak udało nam się zgromadzić statystów do zbiorowej, nocnej sceny w kościele, to padł agregat prądu i nie mogliśmy nic nakręcić.Ja przyjechałem z Ukrainy z materiałem na godzinny film – opowiada swoją historię Szymon Kapeniak – i jak zacząłem go montować, to okazał się beznadziejny. Byłem załamany, myślałem , że nic z tego nie będzie, aż w końcu wywaliłem do kosza połowę materiału, pozamieniałem kolejność scen i zrobiłem z tego krótki metraż.

Pomimo bardzo dobrych filmów i ciekawych spotkań z artystami, tematem ostatniego dnia festiwalu był jednak finał konkursu publiczności na najlepszy film. O tytuł walczyło dziewięć produkcji: „Baby Bump” Kuby Czekaja, „Demon” Marcina Wrony, „Jersey Boys” Clinta Eastwooda, „Klezmer” Piotra Chrzana, „Letnie przesilenie” Michała Rogalskiego, „Noc Walpurgi” Marcina Bortkiewicza, „Syn Szawła” László Nemesa, „Wołanie” Marcina Dudziaka i „Mustang” Deniza Gamze Ergüvena. – Moim faworytem jest „Baby Bump”, ale nie ma szans, by wygrał – mówi Kaja Klimek, krytyczka filmowa – To nie jest jeszcze ten czas, żeby taki film był faworytem publiczności. Myślę, że „Letnie przesilenia” ma duże szanse, ponieważ było na nim dużo ludzi, a frekwencja w tym głosowaniu ma istotne znaczenie, poza tym, to jest film, który może podobać się publiczności.  

Publiczność miała oczywiście swoich faworytów. Choć do końca nie było wiadomo, kto zdobędzie nagrodę, to w opiniach widzów niektóre tytuły powtarzały się częściej od innych: – Widziałam prawie wszystkie filmy na tym festiwalu, spodobały mi się trzy: „Mustang”, „Hosanna” i „Syn Szawała”. – Mustang to bardzo piękny film, niezwykle poruszający, odważny, bardzo aktualny w kontekście tego, co dzieje się teraz na świecie. Bardzo bym chciała, żeby zdobył nagrodę publiczności. – Ja stawiam na „Syna Szawła”, temat holocaustu bardzo mnie interesuje i myślę, że jest niewyczerpany, a to, co zrobił reżyser z tą historią jest naprawdę warte wszystkich nagród świata. Ostatecznie nagrodę zdobyła „Noc Walpurgi”. Odebrał ją odtwórca głównej roli  w tym filmie, Philippe Tłokiński.

068

Philippe Tłokiński i Beata Moskal-Słaniewska podczas uroczystego wręczenia nagrody publiczności

Wśród głosów podsumowujących pierwszą edycję Świdnickiego Festiwalu Filmowego SPEKTRUM przeważały raczej te pozytywne. Kaja Klimek doceniła poziom i różnorodność programu festiwalowego: – Moim zdaniem, selekcja była naprawdę świetna, bo co najmniej kilku z wyświetlanych tu filmów nigdy wcześniej nie widziałam. Dodatkowo doceniam promocję lokalności, to że „Letnie przesilenie” było kręcone w Jaworzynie, że zdjęcia do filmu Ondříčka powstawały w Wałbrzychu, to że nie jest to tylko kino ciekawe dla widzów, ale jest to kino stąd. Bardzo cieszy mnie też włączenie do programu krótkich metraży, ci młodzi twórcy, którzy tutaj przyjechali będą robić w przyszłości świetne polskie kino. Zatem uważam, że wszystko tu bardzo dobrze się ze sobą splotło i ja czekam już na przyszły rok. Beata Moskal-Słaniewska, prezydent Świdnicy, podkreśliła sprawną współpracę władz miasta z organizatorami festiwalu, Wrocławską Fundacją Filmową: – Udało jej się stworzyć repertuar na bardzo wysokim poziomie, liczba gości, artystów, którzy nas odwiedzili jest  imponująca, bo praktycznie każdy seans połączony jest ze spotkaniem z jakimiś twórcami, atmosfera jaką stworzono wokół festiwalu, nawet te spotkania w kuluarach, w kafejce festiwalowej, też są rzeczą niezwykle sympatyczną. Tak że ja mogę postawić organizatorom takie mocne sześć, przede wszystkim za poziom tej imprezy, za jakość kina, jakie tutaj do Świdnicy przyjechało. Jestem przekonana, że festiwal może stać się wizytówką Świdnicy w Polsce i za granicą, ponieważ już na tej pierwszej edycji mieliśmy gości z innych miast, z Jaworzyny, Świebodzic, Wrocławia. Podczas uroczystości zamknięcia festiwalu pani prezydent oficjalnie zapowiedziała kontynuowanie go w kolejnym roku.

O tym, jak z punktu widzenia organizatorów wyglądały przygotowania i przebieg festiwalu opowiedział jego dyrektor artystyczny, Lech Moliński:

Jak Pan ocenia wybór publiczności i nagrodę dla filmu „Noc Walpurgi”?

Można się było tego spodziewać, ponieważ to film, który był już wybierany przez publiczność na innych festiwalach, na których się pojawiał. Widzowie go lubią i co bardzo ważne, twórcy tego filmu bardzo angażują się w jego promocję, i Marcin Bortkiewicz, i Małgorzata Zajączkowska, i Philippe Tłokiński, wszyscy do nas przyjechali, co jest bardzo miłe i bardzo cieszy. Trzeba jednak podkreślić, że w całym konkursie publiczności większość filmów uzyskała bardzo wysokie oceny, tak że do końca nie było typowego faworyta. Bardzo nas to cieszy, bo oznacza, że dużo filmów się podobało.

Czyli repertuar festiwalowy trafił w oczekiwania odbiorców?

Kończę festiwal z przekonaniem, że tak właśnie było. Powtarzały się opinie, że zaoferowaliśmy trochę zbyt ciężki klimat, ale takie właśnie jest kino artystyczne, o czym wspominał też pan Roman Gutek, że takie emocje również powinniśmy przeżywać, nie uciekać od nich i nie zamykać się tylko w takim wygodnym świecie polepszana sobie nastroju. Aczkolwiek dobrze by było, gdyby podczas drugiej edycji (to jest takie pierwsze zadanie jakie ja sobie postawiłem) to spektrum emocji było pełniejsze.

Czy kiedy konstruował Pan program tego festiwalu, to brał Pan pod uwagę również tematykę filmów? Bo mam wrażenie, że dominują dwa motywy – relacji rodziców z dziećmi i holocaustu.

Razem z Pawłem Kosuniem, dyrektorem festiwalu, wybieraliśmy filmy jeżdżąc po festiwalach i przyglądając się temu, co tam jest pokazywane. Poza tym, odbyliśmy intensywne rozmowy z Romanem Gutkiem, które można streścić słowami: „panowie może odważniej” i „więcej filmów zagranicznych”. My oczywiście chcielibyśmy mieć więcej filmów zagranicznych, ale decyzja o organizowaniu tego festiwalu zapadła na tyle późno, że sprowadzenie twórców z zagranicy było trudne. Podjęliśmy pewne próby, ale to się nie udało, a w założeniu chcieliśmy, żeby do Świdnicy przyjechało możliwie dużo autorów. Jeśli chodzi o dominujące tematy w filmach, to nie można powiedzieć, że w tym roku powstały tylko takie filmy, ale to one wstrząsnęły widzami. W pewnym momencie wstrzymywaliśmy się z filmem „Klezmer”, chociaż bardzo nam się podobał, ale nie chcieliśmy podjąć ostatecznej decyzji z uwagi na to, że już mieliśmy wprowadzone do programu „Letnie przesilenie”, „Noc Walpurgi”, „Syna Szawła” i obawialiśmy się, że już może być trochę za dużo tej tematyki wojennej. Ale ostatecznie stwierdziliśmy, że nie ma co być takim wyrachowanym, tylko kierować się tym, żeby pokazywać filmy najlepsze, a „Klezmer” jest jednym z moich prywatnych faworytów i bardzo się cieszę, że udało się ten film pokazać. Tym bardziej, że jest bardzo prawdopodobne, że on nie wejdzie do dystrybucji kinowej i niewiele widzów będzie miało możliwość, aby ten film obejrzeć.

Aleksandra Furtak

Zdjęcia: Łukasz Kufner