Strona główna Bez kategorii Prezesa ciągle nie ma, pieniędzy też

Prezesa ciągle nie ma, pieniędzy też

1

– To jest granda, że człowieka, którego dzieci chodzą do szkoły, który jest widywany na zakupach policjanci nie mogą znaleźć! – denerwują się byli pracownicy świdnickiego Gryphona. Sąd we wrześniu podtrzymał zawieszenie prokuratorskiego śledztwa przeciwko prezesowi zakładu. Załoga nie ma więc od kogo dochodzić zasadzonych prawomocnie zaległych wynagrodzeń w kwotach od 6 do 25 tysięcy złotych. Nie mają także w tej chwili szans na pomoc z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.

Gryphon

Sprawą świdnickiego Gryphona po blisko roku zainteresowała się ogólnopolska stacja telewizyjna. Dziś dziennikarze TTV (telewizja internetowa związana z TVN) spotkali się z częścią dawnej załogi.

Niedługo minie rok od plajty zakładu produkującego materiały biurowe. Zanim blisko 100 osobowa załoga przekonała się, że to koniec, ludzie pracowali bez wypłat od listopada 2013 do połowy stycznia 2014. Wtedy właśnie prezes Jakub Gieysztor zniknął, a dopiero po interwencji władz miasta ludzie dostali świadectwa pracy i mogli pójść do sądu z roszczeniami płacowymi. I choć wszyscy szybko dostali wyroki nakazujące natychmiastową wypłatę, do dziś nie zobaczyli ani grosza.

Po pierwsze dlatego, że nie można należności ściągnąć od właściciela firmy, bo policja i prokuratura nie mogą go znaleźć. Wrocławska prokuratura wszczęła śledztwo głównie z powodu ogromnych zaległości, jakie Gieysztor miał wobec ZUS. Przez dwa lata nie płacił składek pracowniczych i uzbierało się 800 tysięcy. Śledztwo zostało jednak zawieszone, bo prezes dla policji był nieuchwytny. Pracownicy złożyli zażalenie, jednak sąd podtrzymał te decyzję, zaznaczając przy tym, że zarządzono poszukiwania podejrzanego. Policjanci szukali Gieysztora pod pięcioma adresami. Ustalili nawet, ze dzieci chodzą do jednej z prywatnych szkół we Wrocławiu. – A skoro tam chodzą, to gdzieś przecież mieszkają! – denerwują się byli pracownicy. Dodają również, że do czerwca zarówno prezes, jak i jego brat utrzymywali kontakt z ochroniarzami. – Ale pieniądze za pracę przywozili nam zawsze albo do domu, albo na jedna stacje benzynową. Zakładu bali się jak ognia! – mówi jeden z byłych ochroniarzy. Dodaje, że informował o tym policję i podawał nawet numery telefonów.

Brak prezesa blokuje także wypłatę zaległych pensji z Funduszu Świadczeń Gwarantowanych. – Wyroki zapadały w trybie zaocznym. Jeśli nie widnieje na nich udokumentowana na podstawie listy płac kwota, fundusz nie może uznać roszczenia. Stąd konieczne jest znalezienie dokumentów, poświadczających wysokość płacy dla każdej osoby od listopada do stycznia. Niestety, serwer w firmie jest pusty, nie ma żadnych wartościowych dokumentów. Nadzieją jest jeszcze drugi serwer we Wrocławiu – mówił jeszcze w sierpniu syndyk Ryszard Skorupski. Fundusz wyznaczył do końca października termin złożenia wniosków z wyliczonymi i udokumentowanymi kwotami. Dokumenty zbiera do dziś, a pracownicy otrzymują sprzeczne informacje o szansach na wypłatę należności z funduszu. Jak syndyk powiedział jednemu z regionalnych portali, jest szansa, że pracownicy otrzymają swoje wynagrodzenia jeszcze w tym roku.

/asz/