Strona główna Bez kategorii Ludzie jak zakładnicy

Ludzie jak zakładnicy

5

Dotychczasowy pracodawca każe im iść do syndyka, syndyk odmawia i alarmuje o pogwałceniu praw pracowniczych, a oni nie mają pojęcia, gdzie dochodzić swoich spraw. Blisko 80 osób, zatrudnionych w świdnickim oddziale górnośląskiej spółki Ematech nie może się ani zwolnić, ani odzyskać pieniędzy. Ludzie są zrozpaczeni.

Ematech

Spotkanie załogi z prezesem przed tymczasowymi biurami Ematechu w Świdnicy

Kilka dni temu informowaliśmy o wstrzymaniu produkcji i zajęciu komorniczym maszyn oddziału świebodzickiego Ematechu, producenta konstrukcji stalowych. 70-osób zostało bez wypłat i wiedzy, co z nimi dalej. O wiele bardziej dramatyczna jest sytuacja w Świdnicy. Tutaj syndyk 25 czerwca zmienił zamki i zabronił pracownikom oraz zarządowi wejścia na teren zakładu. Obie strony mówią o pogwałceniu prawa i wykorzystywaniu ludzi jako zakładników. Załoga jest oburzona i zdesperowana, a swoje emocje w ostry sposób wyraziła podczas wczorajszego spotkania z prezesem Ematechu, Andrzejem Kociubińskim. Niewiele to jednak zmieniło.

Ematech S.A. w 2012 roku za długi przejął maszyny od świdnickiej firmy Osadowski i Wspólnicy przy ulicy Kliczkowskiej. – Dług sięgał 8 milionów złotych – mówi prezes Kociubiński. – Szanse na odzyskanie tych pieniędzy były bardzo nikłe, uznaliśmy więc, że opłaca nam się przejąć maszyny i załogę zarówno w Świdnicy, jak i w Świebodzicach. Podpisaliśmy także umowę dzierżawy hal, opłacając z góry należność aż do października 2014 roku. Były zamówienia, oba zakłady okazały się rentowne. Rozbójnicze wręcz potraktowanie przepisów prawa upadłościowego przez syndyka i sąd doprowadziły do dzisiejszej sytuacji.

Firma Osadowski i Wspólnicy, choć była bankrutem, nie została zlikwidowana. Sąd odmówił wszczęcia procesu upadłościowego ze względu na brak środków na opłaty. W tym roku długi spółki wykupiła firma windykacyjna i ponownie złożyła wniosek o upadłość, wnosząc stosowną opłatę. Sąd w kwietniu ogłosił upadłość i wyznaczył syndyka do sprzedaży majątku. – Sprawa dotyczy spółki Osadowski i Wspólnicy, a nie Ematechu. Ematech był tylko dzierżawcą i to nierzetelnym – mówi syndyk Andrzej Morawski. – Firma od kwietnia nie płaciła za dzierżawę, wyprowadzała maszyny, utrudniała postępowanie i w związku z tym na mój wniosek sąd zadecydował o unieważnieniu umowy ze skutkiem natychmiastowym. Na tej podstawie hala dla Ematechu została zamknięta.

– Cały ten proces postawiony jest na głowie – odpowiada tymczasem prezes Kociubiński. – W naszej ocenie w ogóle nie powinna zapaść decyzja o upadłości, bo Osadowski i Wspólnicy praktycznie nie ma majątku. A skoro już do niej doszło, to teraz syndyk powinien je umorzyć. Co do opłat za dzierżawę – nie otrzymaliśmy ani jednego wezwania do zapłaty, poza tym czy mamy płacić dwa razy za to samo? Chodzi o bardzo duże pieniądze. Syndyk zażądał od nas ponad 120 tysięcy złotych za 3 miesiące. Nie przyjął do wiadomości naszych dokumentów, poświadczających opłacenie najmu firmie Osadowski. Zgodnie z umową przysługiwał nam 6-miesieczny okres wypowiedzenia, zaproponowaliśmy skrócenie go o połowę. Czas był potrzebny do przeniesienia produkcji do Świebodzic. Żadnego odzewu nie było. Syndyk na mocy decyzji sądu po prostu nas wyrzucił i zajął nasze urządzenia. Nie możemy wysłać do klientów już wyprodukowanych towarów, stąd opóźnienia w wypłaceniu pensji za czerwiec. Do jutra wszystko uregulujemy, ale nie możemy płacić ludziom za lipiec czy kolejne miesiące. Produkcji przez syndyka  nie ma! I to on, w świetle prawa, tak jak przejął majątek, musi przejąć załogę. 

– Dostaliśmy pisma, że od 25 czerwca naszym pracodawcą jest syndyk i od niego mamy dochodzić praw. To jakaś bzdura! – nie owijają w bawełnę pracownicy. – To pismo nadaje się najwyżej do ubikacji. Przecież umowę o pracę mamy podpisaną z Ematechem! Prezes kłamie, wyprowadza majątek, a nas zwyczajnie chce oszukać. Jeśli to będzie konieczne, zawiadomimy prokuraturę i sąd. Ciągle czekamy na zaległe wynagrodzenia i nadgodziny. Wszyscy chcielibyśmy się zwolnić, ale u kogo?

 – Zarząd Ematechu nie zrobił nic, by wyłączyć swój majątek z masy upadłościowej – odparowuje syndyk. – A teraz traktuje ludzi jak zakładników!  Nie ma żadnych podstaw prawnych, bym mógł „przejąć” załogę. Prowadzę upadłość likwidacyjną martwej firmy, która nie miała żadnych umów z ludźmi. Dzisiaj wystosowałem do pracowników, Państwowej Inspekcji Pracy, sądu i Ematechu stanowisko, w którym jasno stawiam sprawę. Rozważam także zawiadomienie prokuratury o rażącym naruszeniu praw pracowniczych.

– To syndyk traktuje ludzi jak przedmioty – denerwuje się prezes. – Nie dał nam szans na przeniesienie produkcji. Skoro zajął maszyny i towar, ma prawny obowiązek zatrudnienia pracowników. Załoga podpisała zbiorową skargę do PIP-u w Katowicach. Niech inspekcja rozstrzygnie, kto jest pracodawcą. Natomiast dzisiaj złożyliśmy stosowne pismo do syndyka, w którym żądamy wydania naszych urządzeń oraz informujemy, że żądanie zapłaty za dzierżawę w świetle posunięć syndyka jest bezpodstawne. Złożyliśmy także skargi na działania sądu, syndyka i komornika.

Prezes zapewnia, że zarząd robi, co może, by pomóc pracownikom. Nie widzi jednak żadnych szans na zapłacenie im za lipiec. Część ludzi nie chce się poddać i czeka na dalsze rozstrzygnięcia. – Mamy podarować wynagrodzenie, nadgodziny, urlopy i zagwarantowane umową trzymiesięczne odprawy? Mowy nie ma – mówią jedni. Grupa pracowników na te pieniądze machnęła ręką i wypowiedziała pracę z datą 24 czerwca.

Agnieszka Szymkiewicz