Strona główna Temat dnia Paweł Fajdek: Zawsze wierzyłem w sukces

Paweł Fajdek: Zawsze wierzyłem w sukces [WYWIAD Z MISTRZEM ŚWIATA]

3

Ostatnie dni z pewnością należały do Pawła Fajdka, który w miniony poniedziałek sięgnął w Moskwie po złoty medal lekkoatletycznych mistrzostw świata w konkurencji rzutu młotem. To wielki sukces 24-latka, który z pewnością zmieni wiele w życiu naszego młociarza. Paweł Fajdek przy okazji został najmłodszym w historii mistrzem świata w rzucie młotem!

Paweł Fajdek, mistrz świata w rzucie młotem

Swidnica24: Paweł na początek, zdradź nam proszę skąd tak naprawdę jesteś? Jak wiadomo po sukcesie, często jest burza i każde miasto przypisuje sobie jakieś zasługi. Urodziłeś się w Świebodzicach, wychowałeś w Żarowie, mieszkałeś w Wierzbnej, do szkoły średniej chodziłeś do Świdnicy, obecnie reprezentujesz klub z Zamościa, a przebywasz głównie w Poznaniu…

Paweł Fajdek: – Urodziłem się w Świebodzicach, bo porodówki w Żarowie nie było (śmiech). Cały okres dzieciństwa spędziłem jednak w Żarowie aż do osiemnastego roku życia. Później przeprowadziliśmy się z rodziną do Wierzbnej. W Żarowie spędziłem jednak najwięcej czasu, to tu się wychowałem i z pewnością czuję się najbardziej żarowianinem, jednak każdemu miastu coś zawdzięczam.

Wspaniały wynik uzyskany w Moskwie, jak się czujesz w roli mistrza świata?

– Jest ok, choć nie startowałem jeszcze od czasu finałowego konkursu w Moskwie w żadnych zawodach w roli nowego mistrza świata. W piątek odbyłem pierwszy trening. Trochę się zmieniło, udziałem mnóstwo wywiadów, odbieram telefony i smsy. Ogólnie mało czasu na sen, jednak jest to bardzo pozytywne zmęczenie.

W stolicy Rosji przerwałeś dominację Węgra Krisztiana Parsa i go po prostu zdeklasowałeś… 

– No tak, Węgier wygrał kolejne 23 konkursy i przyjechał do Moskwy pewny swego. Po raz ostatni przegrał właśnie ze mną, a i w stolicy Rosji zdołałem go pokonać. Patrzył z pewnością na mnie nieprzychylnie, ale musiał zadowolić się ostatecznie tylko srebrem.

Finał należał zdecydowanie do Ciebie choć w eliminacjach tak pewnie to wszystko nie wyglądało? 

– Muszę przyznać, że świetnie wyglądałem przed rywalizacją i posłałem młot na odległość około 80 metrów, co się rzadko zdarza na rozgrzewce. W pierwszej próbie kwalifikacyjnej próbowałem oddać spokojny rzut, jednak posłałem młot w siatkę. W drugiej uzyskałem ponad 76 metrów i wiedziałem, że ten wynik da awans do finałowego konkursu, w którym wystąpi dwunastu najlepszych zawodników.

Kiedy tak naprawdę uwierzyłeś w to, co się wydarzyło na stadionie Łużniki?

– Oj to generalnie była długa noc. Wywiady, rozmowy, gratulacje. Generalnie nazajutrz podczas ceremonii medalowej i odsłuchaniu Mazurka Dąbrowskiego uwierzyłem w to, co się stało. Zrobiło mi się lżej na sercu.

Co czułeś podczas samego konkursu po tak świetnym otwarciu, gdzie już w pierwszej serii pozbawiłeś rywali złudzeń, komu tego dnia należy się złoty medal mistrzostw świata?

– Już w trakcie swojej pierwsze próby, w której jak się okazało ustawiłem wynik konkursu wiedziałem, że to będzie dobry rzut. Po wyrzucie młota byłem pewny, że to będzie super odległość – powyżej granicy 80 metrów. Wyszło 81.97m. Rywale „padli na kolana” i nie byli się w stanie podnieść. Myśleli tylko o tym, co się wydarzyło w pierwszej kolejce rzutów i nie byli w stanie się już skoncentrować. Wchodzili do koła, ale nie mogli się pozbierać i mi zagrozić.

Niespodzianka, zaskoczenie, czy po prostu zrealizowanie planu?

– Udało się to, co miało po prostu wychodzić w tym roku. W marcu niestety plany się pokrzyżowały – nabawiłem się kontuzji i walczyłem z tym, aby dobrze przygotować się do mistrzostw świata w Moskwie. Przed samym startem trenowałem nieco lżej, by wystartować w konkursie na świeżości. Udało się! Sięgnąłem po medal z najcenniejszego kruszcu. Tego dnia zagrało po prostu wszystko. Wracam jednak już teraz do treningów, bo wciąż jest wiele do poprawy, abym mógł rzucać jeszcze dalej.

Powoli rozpoczyna się fajdkomania, powiedz jednak jak wyglądały Twoje początki. Czy od razu postawiłeś na rzut młotem?

– Od małego byłem bardzo aktywnym dzieckiem – biegałem, skakałem, spędzałem dużo czasu na dworze. Z początku próbowałem trochę pojeździć na rowerze, ale szybko zrozumiałem, że to nie dla mnie. Rok później w wieku 12 lat rozpocząłem przygodę z lekkoatletyką. Jak to w tym wieku bywa początkowo próbowałem każdej konkurencji, jednak cały czas myślałem o młocie.

Z pewnością dużo zawdzięczasz swojej pierwszej trenerce Jolancie Kumor?

– Zdecydowanie. Od początku nalegała i zachęcała mnie do treningów. Wspaniała kobieta, druga matka. Wiele mi pomogła, można było też przyjść do Pani Jolanty z każdym problemem. Poświęcała nam w klubie wiele godzin. Naprawdę wiele jej zawdzięczam.

Jak wspominasz treningi w swoim pierwszym klubie UKS-ie Zielony Dąb Żarów?

– Bardzo pozytywnie, wspaniała i zgrana ekipa, wszyscy byliśmy za sobą. Odkąd klub powstał, bardzo szybko zaczął zdobywać medale ogólnopolskich imprez, szczególnie w konkurencjach rzutowych. Było to spowodowane brakiem profesjonalnej bieżni w Żarowie, choć na uwagę z pewnością zasługują m.in. medale mistrzostw Polski w biegu na 400 metrów przez płotki zdobyte przez Tomasza Rudnika.

Rola pieniędzy w sporcie?

– Gdy jest się dzieckiem nie przywiązuje się do tego aż tak dużej wagi. Zawsze są rodzice, którzy w miarę możliwości starają się pomóc. Zupełnie inaczej jest gdy wchodzi się w dorosłość i taki zawodnik stara się usamodzielnić. Wtedy pieniądze odgrywają większą rolę. Trudna sytuacja gminy Żarów nie pozwalała na wypłacanie mi w przeszłości wysokiego stypendium i te środki starczały na bardzo niewiele. Wtedy pojawił się mój obecny klub Agros Zamość, który zapewnił mi lepsze warunki do rozwoju.

Pochodzisz ze sportowej rodziny: tato trenował kolarstwo, mama biegała, starszy brat Dawid też próbował swoich sił w młocie. Czy były jakieś naciski, abyś również postawił na sport?

– Tak jak już wspominałem, ja tego sam chciałem. Zawsze znajdowałem jakąś wymówkę, aby znaleźć się na dworze i trochę się poruszać. Próbowałem być najlepszy, byłem pozytywnie nastawiony, miałem charakter i zaangażowanie. Ojciec powiedział kiedyś w jednym z wywiadów, że ustawiłem sobie życie, tak jak sobie to zaplanowałem. I z pewnością miał rację, przez cały czas pracowałem nad sobą, starałem się być lepszym zawodnikiem i udało mi się zdobyć tytuł.

Cofnij się kilka lat, powiedzmy do czasów szkoły średniej. Czy przechodził Ci przez myśl taki sukces, jaki odniosłeś w Moskwie?

– Oczywiście. Przez cały czas trenowałem i trenuję nadal z myślą o tym, by być najlepszym i uzyskiwać coraz to lepsze rezultaty. W innym przypadku sportowiec jest przegrany już na starcie. Przez całe swoje lata o tym pamiętałem i nie zwątpiłem w to, że mogę osiągnąć jakiś znaczący sukces.

Recepta na sukces?

– Recepta na sukces i zostanie mistrzem świata? Przede wszystkim ciężka praca i zaangażowanie. Do tego najważniejsze jest czerpanie radości z tego, co się robi. Bardzo często jest tak, że to rodzice na siłę próbują ukierunkować dziecko na jakąś dyscyplinę sportową, a to bardzo często nie zdaje rezultatu. Zatem te treningi muszą sprawiać nam frajdę, w innym przypadku ciężko będzie o dobre wyniki.

Największa dotychczasowa sportowa porażka? Igrzyska Olimpijskie w Londynie? Co się wtedy stało?

– Poukładałem sobie już to wszystko w głowie. Przegrałem medal, bo nie dostałem się do finałowego konkursu. Z perspektywy czasu widocznie tak miało być i zdobywanie ważnych trofeów miałem rozpocząć od mistrzostw globu w Moskwie. To był ewidentnie pech, byłem świetnie przygotowany. Po prostu nie miało prawa się to wydarzyć. Oczywiście doszły problemy techniczne, w trzeciej próbie rzut wyglądał już całkiem dobrze, niestety został spalony i to był koniec marzeń o olimpijskim medalu. Nic się nie stało, trzeba pracować dalej, za trzy lata kolejna szansa w Rio de Janeiro.

Zdradź proszę pokrótce, jak wygląda życie mistrza świata?

– Od ponad trzech lat mieszkam w Poznaniu. 3/4 roku poświęcam na zgrupowania i różnego rodzaju starty w zawodach. W miarę możliwości staram się odwiedzać rodzinne strony. Dla przykładu po raz ostatni przed mistrzostwami byłem w domu jakieś dwa miesiące temu. Trochę więcej wolnego jest na koniec sezonu czyli na przełomie września i października. Przede mną jednak teraz kolejne starty. W tym sezonie będzie ich jeszcze pięć – planuję występ m.in. w Memoriale Kamili Skolimowskiej, w którym będziemy startować u boku sportowców niepełnosprawnych (świetna inicjatywa) i Igrzyskach Frankofońskich.

W powiecie świdnickim, ale nie tylko masz naprawdę za sobą sporą grupę fanów, których z pewnością teraz jeszcze przybędzie. Co chciałbyś im przekazać?

– Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim osobom, kibicom, którzy we mnie wierzyli za wsparcie i doping. Czułem Wasze wsparcie. Pozostałym życzę, aby uwierzyli we mnie podczas następnych zawodów.

Co byś przekazał młodym osobom zastanawiającym się nad sensem uprawiania sportu i aktywności ruchowej?

– Jeśli chodzi o sport i aktywność ruchową, to widać niestety tendencję spadkową. Jest coraz mniej osób uprawiających sport. To boli. Rywalizacja sportowa kształtuje człowieka, dlatego zachęcam wszystkich do aktywności. Z pewnością nie każdy musi być od razu zawodowym sportowcem, ale każdy może spędzać czas w sposób aktywny, w formie, jaka będzie mu tylko odpowiadała. Jeszcze raz zachęcam wszystkich do uprawiania sportu, nasze samopoczucie też będzie zdecydowanie lepsze.

rozmawiał Michał Rodziewicz

zdjęcia UM Żarów