Co nowego? Lady

    0

    Elizabeth Gilbert w swej bestsellerowej książce „Jedz, módl się, kochaj” pisze, że każdy i wszystko ma swoje słowo. Jej słowem było atraversiamo, czyli włoskie ‘przejdźmy na drugą stronę’, a Nowego Jorku – o ile dobrze pamiętam – sukces. Słowem filmu „Lady” jest zdecydowanie wyraz ‘poruszający’.

    Poruszające jest w nim wszystko. Historia, scenografia, prowadzenie kamery, aktorstwo, plenery, reżyseria i oryginalny scenariusz. A muzyka – wprost doskonała.

    Cała rzecz oparta jest na prawdziwych wydarzeniach, które działy się w Birmie. Suu jest córką tragicznie zmarłego generała, który wynegocjował niepodległość dla kraju. Po wielu latach jego potomkini wraca do ojczyzny, którą targają niepokoje związane z zaprowadzonym tam krwawym reżimem przez wrogów Generała. Tam przewodniczy Narodowej Lidze na Rzecz Demokracji i ona, piękna, drobna i z pozoru krucha kobieta, stawia czoło okrutnej przemocy, złości, terrorowi i zachłanności rządzących. Ma grono wiernych przyjaciół i zwolenników, którzy – w zdecydowanej większości – płacą najwyższą cenę za swoją sympatię. Władze nie chcą jej zabić – lud miałby wtedy następnego po jej ojcu męczennika. Utrudniają więc jej życie jak tylko mogą, czy to nakładając na nią areszt domowy, czy blokując wizy dla jej rodziny – mieszkających w Anglii synów i męża.

    Luc Besson znowu pokazał klasę! Mimo głównego wątku – opowieści o przemocy i polityce, na pierwszym miejscu stawia emocje ludzi, co potwierdza kamerzysta w częstych zbliżeniach na twarze bohaterów. Drugi plan nie jest wtedy ostry, tak, abyśmy skupili się tylko na tym, co dzieje się w danej chwili z bohaterem. Oglądając ten film nie patrzymy na masakrę, która dzieje się nadal w Birmie, pod kątem suchych statystyk, ale emocji i pojedynczej jednostki – człowieka.

    Besson wie, z kim współpracować. Eric Serra, który skomponował Lucowi muzykę do większości jego produkcji, podjął się także stworzenia muzyki dla „Lady”. I udało mu się to wspaniale. Muzyka jest niesamowita. Przepiękna. Poruszająca. Zaryzykuję stwierdzenie, że tworzy 50% klimatu tego filmu i bez niej nie przejęłabym się historią Suu w tak wielkim stopniu.

    Sądzę, że jeśli autorka oryginalnego scenariusza – Rebecca Frayn – nie zostanie nominowana w tym roku do nagrody Oscara, będzie bardzo poszkodowana. Mistrzowsko streściła 20 lat historii, czyniąc całość bardzo emocjonalną, co jest trudną sztuką ze względu na wątek, który przytłacza inne – wątek terroru i zła, z którym mierzy się zarówno główna bohaterka, jej rodzina i wreszcie, chyba najbardziej dotkliwie, sami mieszkańcy Birmy.

    Dodatkowym atutem tego filmu jest to, że naświetla nam historię, która nadal trwa – bo około rok temu rozpoczął się prawdziwie proces demokratyzacji Birmy, władza od niedawna należy do ludu, a sama Aung San Suu Kyi została zaprzysiężona do parlamentu zaledwie kilka dni temu, 2. maja 2012 roku. Jesteśmy świadkami historycznych wydarzeń, które, kto wie, być może zostały sprowokowane przez nakręcony w 2011 roku film – wtedy jeszcze nikt nie mógł być stuprocentowo pewny, że Birma będzie krajem wolnych ludzi, wolności słowa i demokracji. Oto historia, która dzieje się na naszych oczach. To nieczęsty przypadek, bo zwykle robi się filmy o przeszłości. Tym bardziej podziwiam twórców, że zmierzyli się z żyjącą legendą.

    Adrianna Woźniak