Ludzie z pasją: Zbigniew Gryzgot

    1

    Zbuntował się tylko raz, ale na krótko. Zaraz po podstawówce poszedł do Technikum Budowlanego w Świdnicy. – Ojciec kazał zabierać papiery. No bo jak – rodzina kolejarska, a ja jeden budowlaniec? – wspomina po latach. Z wdzięcznością, bo miłością jego życia okazały się parowozy. I tak prawie pół wieku spędził przy swoich ukochanych maszynach w Jaworzynie Śląskiej. Dziś, choć już od ponad 10 lat na emeryturze,  jest kustoszem w Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa.

    Ojciec Władysław był maszynistą i mały Zbyszek, który wraz z rodzicami i pięciorgiem rodzeństwa najpierw mieszkał w Żarowie, a później w Jaworzynie Śląskiej, od najmłodszych lat myszkował po lokomotywach. Po szczeblach kolejarskiej kariery piął się wiele lat – od palacza w parowozach, przez pomocnika maszynisty, po maszynistę z uprawnieniami na wszystkie typy lokomotyw. W 1983 roku skończył Technikum Kolejarskie w specjalności technik-mechanik taboru kolejowego i został zmuszony do pracy w oddziale napraw. – Takie były czasy, nikt nie pytał, co wolisz – mówi po latach. – Robiłem jednak wszystko, by jak najwięcej jeździć. Woził podróżnych po całej Polsce, od morza do gór, ale jego najbardziej ulubioną trasą była ta przez Jedlinę do Międzylesia. – Jakie widoki! A ilu pasażerów! Jak przychodził sezon zimowy i ludzie jechali na narty, to szpilki do wagonów nie można było wcisnąć. W weekendy na wycieczki jeździły całe rodziny – wspomina dziś z ogromnym żalem, że po pięknej linii niemal nic nie zostało. On sam poprowadził ostatni, wycieczkowy skład z pięcioma zabytkowymi wagonami. Pociąg do Jedliny Zdroju pojechał 2 października 1983 roku. Dwa dni później linia została zamknięta.

    W ciągu swoich 47 lat pracy widział zmierzch niejednej linii, a przede wszystkim żegnał parowozy. – Nigdy nie polubiłem spalinówek. Uwielbiam zapach spalanego węgla w parowozach, takie lokomotywy mają jakiś czar – mówi pan Zbyszek i jak z rękawa sypie nazwami. Ma zresztą do nich niebywałą pamięć (jak i do dat!). Najukochańszą była TY2-153, maszyna z 1942 roku, mile wspomina OL49-99, OK1 104. Oczkiem w głowie była TR5 65, którą z Łaz przyprowadził do skansenu w Jaworzynie Śląskiej. Swoimi parowozami jeździł nie tylko w Polsce. Najdalej był w Bratysławie, gdzie pojechał na 150 – lecie Kolei Słowackich. Gdy nadszedł  zmierzch kolei parowej, został powołany na kierownika utworzonego w dawnej parowozowni w Jaworzynie Śląskiej skansenu. Wówczas było tu jeszcze 10 czynnych parowozów. Po 10 latach PKP chciały zlikwidować skansen. Wówczas Zbigniew Gryzgot uczestniczył w trudnych rozmowach o przekazaniu miejsca i zabytków gminie. Udało się, jednak znaczna część eksponatów została zabrana do Wolsztyna. W 2004 roku upadający skansen wydzierżawił Piotr Gerber i stworzył Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa. Dwa lata później na powrót pana Zbyszka namówiła Katarzyna Szczerbińska. – Sprawia mi radość, kiedy patrzę, jak muzeum się rozwija. Bez pana Piotra ten skansen pewnie by zaorali. Bardzo lubię oprowadzać wycieczki, zwłaszcza dzieci. Dla wielu z nich lokomotywy, ba, w ogóle pociągi, to egzotyka. Mogę w nieskończoność odpowiadać na najdziwniejsze nawet pytania – śmieje się pan Zbyszek, choć przyznaje, że tęskni za czasami, gdy Jaworzyna tętniła kolejarskim życiem, a na stacji zatrzymywały się pociągi do Paryża, Pragi, Frankfurtu.

    Z koleją związana jest niemal cała rodzina pana Zbigniewa. Maszynistami są trzej bracia, syn Maciej pracuje jako kierownik pociągu, najmłodszy Kamil w wagonowni. Swoją pasją zaraził już dwóch wnuków, Gracjana i Gerarda, którzy niemal każdą wolną chwilę spędzają w muzeum wśród lokomotyw. Starszy Gerard już próbuje oprowadzać wycieczki.

    Po latach Zbigniew Gryzgot najbardziej żałuje, że polska kolej została tak bardzo rozdrobniona. I ma dwa marzenia: pojechać do Stanów Zjednoczonych, by obejrzeć tamtejsze zabytkowe lokomotywy i doczekać dnia, gdy pociągi wrócą na trasę do Jedliny Zdroju.

    Agnieszka Szymkiewicz