Obcokrajowcy o Świdnicy odc. 4

    0

    Karolina Moroz jest  stypendystką prezydenta Świdnicy w dziedzinie kultury. W Świdnicy mieszka od kilku lat. –  Od momentu przyjazdu próbowałam określić się wobec tego, nowego w moim życiu, miejsca – mówi autorka wywiadów z obcokrajowcami, mieszkającymi w Świdnicy, które co sobotę będą publikowane w Magazynie Świdnica24.pl.

    Natalia Nikolska, ksiądz Piotr Nikolski / Rosja– wywiad podwójny

    -Pani Natalio, moim pomysłem było przeprowadzenie wywiadów z ludźmi, którzy mieszkają w Świdnicy, ale pochodzą z zupełnie innych miejsc. Oczywiście miasto nie jest homogeniczne, wiele osób to ludzie napływowi.

    N.N.: Prawie wszyscy są nie u siebie.

    -Zależało mi też na tym, żeby świdniczanom przybliżyć Świdnicę z innego punktu wiedzenia. Nie z punktu widzenia turysty, ale z perspektywy osoby, która widzi to miasto w innym kontekście – w kontekście miejsca, z którego pochodzi. Decydując się na wywiad z Panią, nie byłam przekonana, czy Pani jest Polką, czy nie.  I to jest właściwie moje pierwsze pytanie: czy jest Pani Polką?

    N.N.: Nie, w żadnym wypadku. Z żadnej strony. Jestem Rosjanką, mój ojciec pochodzi z Kozaków Dońskich, ściślej – z Chopiorskich , a babcia pochodzi z Finlandii. Rodzice od lat studenckich zamieszkali w Moskwie, więc ja już jestem moskwianką.

    -Pani imię i nazwisko budziło moje wątpliwości: Natalia Nikolska jest bardzo polskim imieniem i nazwiskiem.

    N.N.: Mogę to łatwo wytłumaczyć. Moje nazwisko w Polsce brzmiałoby Mikulska. Nikolaj to Mikołaj, a zatem Nikolska to Mikulska. Nikolska wyraźnie wskazuje, że pochodzi od Mikołaja, co więcej, jest to przymiotnik od świętego Mikołaja, czyli jest to nazwisko księżowskie. Nie używamy w Polsce słowa pop, bo to słowo uważane jest za obraźliwe. Tak się złożyło, że w XVIII-XIX wieku nabrało znaczenia pejoratywnego, chociaż oznacza to samo co papas – papież. Ale do tej etymologii już nikt nie sięga i nikt nie wie o pejoratywnym znaczeniu tego słowa, a przecież już u Puszkina możemy o tym przeczytać. Ale to było tak na marginesie.

    -Ten margines jest dla mnie wbrew pozorom bardzo ważny. Skoro mówi Pani tak profesjonalnie na tym marginesie, to dla mnie informacja, że ten temat jest Pani bliski.

    N.N.: Jestem filologiem i reżyserem. Generalnie zajmuję się komunikacją, więc proszę się nie dziwić, że sięgam do takich tematów, bo  to jest woda, w której pływam. Jest to dla mnie rozległe morze, ale nie obce.

    -Wróćmy jeszcze na ten lingwistyczny margines.

    N.N.: Tak, nazwisko pochodzi od cerkwi św. Mikołaja. Kiedy zapytamy skąd jest ten ksiądz, odpowiemy, on jest z cerkwi świętego Mikołaja, on jest Nikolski. W taki sposób powstało wiele nazwisk kościelnych np. Troickij od Świętej Trójcy. Ponieważ nazwisko przechodziło z ojca na syna i tradycja bycia duchownym w starej Rosji była mocniejsza, więc syn duchownego też stawał się duchownym i często zostawał nawet na tej samej parafii. W każdym razie te nazwiska zakończone na –ski zawierające imiona świętych albo nazwy świąt są nazwiskami duchownych. Nikolski to jest oczywiście nazwisko mojego męża. Rzecz cudowna polega na tym, że ta cerkiew, w której mój mąż jest teraz proboszczem, jest pod wezwaniem św. Mikołaja. Wróciliśmy do swojego patrona, patrona naszej rodziny, patrona naszego nazwiska i dlatego czuję się tu jak najbardziej w domu. To jest pierwsze miejsce w Polsce, w którym czuję się w stolicy, a w stolicy mieszkać umiem i w każdej stolicy jest mi dobrze. Świdnica, jakby o niej nie myśleć, pozostaje dawną, mikroskopijną, ale stolicą. To widać po kształcie ulic, po mentalności ludzi, po otwartości, po takim lekkim  zabieganiu. Dla mnie jest tu absolutnie idealne tempo – nie za szybkie, absolutnie idealne zaludnienie – nie za ciasno, nie za pusto. Jedyne czego mi tu brakuje to instytucji kulturalnych oraz mocnych kontaktów z inteligencją i sztuką.

    -Znam wypowiedzi ludzi, którzy uważają, że chociaż Świdnica nie jest dużym miastem, to jednak pod względem kulturalnym dużo się dzieje. Wydaje mi się jednak, że wiem, co Pani ma na myśli – kulturę przez wielkie „K”. Gdzie Pani szuka  wydarzeń kulturalnych dla siebie?

    N.N.: W Moskwie, w Warszawie. Najczęściej, kiedy któryś z moich znajomych coś tworzy, jadę na realizację i jednocześnie coś oglądam. Czasami obejrzę coś we Wrocławiu.

    -Pytałam Panią, gdzie kieruje Pani swoje kroki jako odbiorca kultury, ale Pani jest też twórcą. Proszę powiedzieć, jakie ma Pani wykształcenie?

    N.N.: Jestem filologiem – studiowałam na Uniwersytecie Pedagogicznym w Moskwie, a potem skończyłam reżyserię na uczelni o nazwie: Pracownia Reżyserii Indywidualnej pod kierownictwem Borisa Juchananowa, to był wtedy taki artysta awangardowy, nieokiełznany, a dziś jest to prawie klasyk. Specjalizowałam się w performansie i happeningu.

    -A widziała Pani kiedykolwiek w Świdnicy happening, performans?

    N.N.: Latem, kiedy takie wydarzenia mają miejsce, jestem zwykle w Moskwie.

    -Gdzie kieruje Pani swoje kroki jako twórca –reżyser?

    N.N.: Do Warszawy. Bywam też w Wałbrzychu, ale tam jestem pedagogiem i tłumaczem. Wiem, że nie mogłabym pracować w teatrze amatorskim. Nie umiem tego. Jako pedagog teatralny mam określone zadania  i godziny. Wiem przede wszystkim, że nie muszę robić produktu, a jedynie uczyć i odkrywać dla ludzi ich samych. Jest to inny rodzaj odpowiedzialności.

    Praca reżysera to praca zespołowa. Jeśli nie musisz robić teatru – nie rób go. Teatrem nie można zajmować się. Trzeba zabronić robić go temu, kto bez teatru może żyć. Możesz bez tego żyć –nie rób tego. Sztukę robią ludzie, którzy inaczej czy nieznanym. Istotne jest, że bez tego nie potrafię żyć. Ja wszystkie swoje sprawy odsunę, wszystko i wszystkich tak zorganizuję, że zrobię ten spektakl i cały świat będzie się kręcił wokół mego spektaklu. Ja inaczej nie mogę. Teatr jest sztuką totalną.

    -Tworzenie jako konieczność, choroba?

    N.N.: Tak, chociaż nie jest to aż tak gorące, jak pani pokazuje. Raczej jest to na zasadzie: jeśli ja wiem, co chcę powiedzieć, to ja to powiem. Znajdę możliwość, aby to wyrazić adekwatnie do treści. Jednak w sytuacji, kiedy trzeba zebrać zespół, zorganizować wszystko w czasie, zdobyć pieniądze, zainstalować to w jakimś teatrze i grać to tak, żeby nam za to płacili, żeby ta sztuka żyła, wtedy włącza się manager i czuję koszmarny ucisk i to jest niesympatyczne.

    -Pani musi być managerem?

    N.N.: Każdy reżyser musi być managerem – to jest taki zawód. Na etapie prób i przygotowywania jest fajnie, potem sztukę trzeba przygotować do wystawienia i zaczyna się ciśnienie. Wtedy jest mniej fajnie, ale też fajnie.

    -Jako kto jest Pani rozpoznawana w Świdnicy?

    N.N.: Jako psalmistka z cerkwi. Ludzie się do mnie uśmiechają, a ja rozpoznaję swoich widzów, znam swoich uczniów. Jeśli uśmiecha się do mnie ktoś, kogo nie znam, to pewnie kojarzy mnie z cerkwi.

    -Pani zajmuje się bardzo wieloma rzeczami. Jak to pogodzić?

    N.N.: Mnie się zdaje, że jestem zwyczajną dziewczyną, ale potrafię więcej. Nie wszystkim wszystko o sobie opowiadam, ale na pytanie: jak to robię, odpowiem: bo ja tak umiem. Robię bardzo dużo, ale czuję, że mi nadal mało.

    -Ma Pani olbrzymi temperament, ale chyba jeszcze większą skromność?

    N.N.: Nie, wcale nie jestem skromna.

    – Czy autentyczność ma dla Pani znaczenie?

    N.N.: Tak, nie ma sensu robić czegoś źle. Z tego wszystkiego, co zrobiliśmy, będziemy rozliczeni na Sądzie Ostatecznym. Również artysta będzie za wszystko rozliczany. Jak można robić źle?

    -Pani miejscem zamieszkania jest teraz Świdnica. Czy to jest tylko miejsce zamieszkania?

    N.N.: Nie, mi się wydaje, że nie. Mam wrażenie, że swoim życiem tworzę trochę to miasto. Chcę dla tego miasta coś robić. Ja to miasto lubię, to miasto pasuje do mnie i ja pasuję do tego miasta. Mieszkaliśmy już w pięciu albo sześciu różnych miejscach w Polsce: na wsi na Wschodzie, na wsi na Zachodzie, w okolicach Jeleniej Góry itd. Nigdzie nie było tak, że miasto pasuje do mnie. Tu czuję (może Cerkiew św. Mikołaja to sprawia), że wszystko się układa. Chciałabym coś dla Świdnicy robić i jeśli mogę robić spotkania filmowe, to będę robiła te spotkania dopóki ludziom się chce oglądać. Zrobiłam już dwie edycje tych spotkań i będę robiła trzecią: prawdopodobnie będzie to kino rosyjskie XXI wieku. Filmy, które musimy zdobyć, najlepiej żeby były  po rosyjsku z polskimi napisami, bo bardzo wielu ludzi rozumie po rosyjsku. Staram się, żeby to było ambitne kino. Sami często przygotowujemy te filmy: np. robiliśmy napisy do „Czekaj na mnie”. Zajęło to nam sześć tygodni, ale było warto, chociaż jest to olbrzymia praca, która spowalniała moje inne działania. Chcę pokazywać wartościowe filmy,  wydaje mi się najważniejsze, kiedy widz poznaje kontekst, to zmienia jego punkt widzenia. Kiedy np. ostatnio mówiłam o Piotrze Mamonowie, musiałam przywołać jego wiersze. Pamiętam koncerty, na które chodziłam z koleżanką, na których krzyczałyśmy: „Петя, живи!” – Piotrze żyj!

    P.N.: Ty chodziłaś na te koncerty?

    N.N.: No jasne!  Nie wiedziałeś?

    P.N.: Nie.

    N.N.: Nawet raz profesora zabrałyśmy na taki koncert i moja kariera naukowa się skończyła. Żartuję, ale rzeczywiście profesor był zaskoczony. Po prostu chciałam powiedzieć przed filmem nieco więcej, niż było w gazetach. Mam kolegów w Moskwie, którzy prowadzą klub filmu współczesnego i dyskusje są tam bardzo ostre. Właśnie te dyskusje są najsłynniejsze.

    -Czy na pokazach kina rosyjskiego w Świdnickiej Bibliotece są również gorące dyskusje?

    N.N.: Myślę, że teraz będą coraz lepsze, bo ludzie poznali mnie trochę i trochę mi ufają. Wolę zamiast dyskusji serdeczną rozmowę. A jest to możliwe – wystarczy zejść z katedry, zmienić światło i być przy ludziach, bo oni nie chcą odejść.

    -Jestem podobnego zdania dlatego bardzo dziękuję, że na tę rozmowę zaprosiła mnie Pani do swojego domu.

    -Panie Piotrze, teraz pytanie do Pana.

    P.N.: Księże.

    -Przepraszam, księże Piotrze, Pani Natalia powiedziała, że jej widzowie chcieliby, żeby przybliżyć im „duszę rosyjską”. Mam wrażenie, że jesteście Państwo doskonałymi osobami, które o tę duszę mogę zapytać. Co to jest „dusza rosyjska”?

    P.N.: Ja duszę traktuję od strony dogmatycznej i dlatego z natury dusza nie może być ani rosyjska,  ani polska, ani żadna inna. Może najwyżej posiadać powierzchowne cechy jakiejś mentalności czy formacji. Nie jestem w ogóle przyzwyczajony do myślenia o duszy w tych kategoriach. W tej parafii mamy bardzo różne osoby: są Rosjanie, Grecy, Gruzinka. Wszyscy spotykają się w cerkwi, która jest wspólnym mianownikiem i to jest piękne, bo kościół z natury właśnie czymś takim jest. Nie skupiałem  się zatem na tym, czy dusza jest rosyjska, czy inna. Jest dusza do zbawienia. Jest dusza do pozyskania. Właśnie w kategoriach zbawienia o duszy się myśli. Natomiast można mówić o różnej pobożności: pobożności polskiej, gruzińskiej, ukraińskiej, bo każda z nich ma swoje cechy. Nawet w obrębie tego samego wyznania pobożności będą się różniły np. w zależności od regionu. O tym mogę rozmawiać. Na przykład polscy prawosławni są pod mocnym wpływem kościoła katolickiego, mentalności katolickiej. Przejmowanie pewnych schematów jest bardzo mocno wpisane w ich pobożność.

    N.N.: Ja myślę, że mówiąc „dusza rosyjska” ma się na myśli jakiś stereotyp. Stereotyp to jest też bardzo ciekawe zagadnienie:  na przykład czy można na nim bazować? Czy za wszelką cenę należy go burzyć? Czy nie można go wziąć ze sobą i potem powoli rozszerzać go tak, aż przestanie być stereotypem? Jeśli człowiek jest do czegoś przyzwyczajony, to zabrać mu stereotyp, to tak, jakby zabrać mu krzesło, na którym siedzi, albo podłoże, na którym stoi.

    P.N.: Nawet na placówkach misyjnych tak się działało: wchodziło się z chrześcijaństwem i odwoływało się do jakichś wyobrażeń, stereotypów i np. święta ustanawiane w V wieku były celowo umieszczane w miejscach świąt pogańskich. Np. Boże Narodzenie w czasie święta Sol Invictus. Budowano też kościoły na miejscach kultu. Nie chodziło o to, żeby to wyrzucić, czy zniszczyć – co zmieniło się w średniowieczu np. wraz z wyprawami krzyżowymi –ale przejąć, aby uświęcić. Wszystko, co dało się uświęcić, było uświęcane. Wszystko, co było pod niewłaściwym adresem, trzeba było skierować tam, gdzie właściwe miejsce. Człowiek łatwiej mógł przyjąć coś, co nie było w sprzeczności z jego przekonaniami.

    N.N.: Wykorzystać stereotyp jako podstawę, aby go rozszerzyć, aż do momentu, kiedy straci cechy stereotypu.

    -Proszę opowiedzieć o miejscu, z którego Państwo pochodzicie, o Państwa miejscu w Rosji.

    P.N.: Rosja bardzo się zmieniła. Wychowaliśmy się w innym świecie. Nasze miasto nazywa się Moskwa. Zmiany dokonały się krok po kroku, ale jak się porówna miasto dzieciństwa z czasów Breżniewa, to wszystko było inne: myśleliśmy, że nigdy nie wyjedziemy za granicę.

    N.N.: Moim marzeniem było mówić w obcym języku, ale  myślałam, że nigdy nie nauczę się żadnego języka obcego, bo moja nauczycielka angielskiego skutecznie mi wmówiła, że nie mam talentu do nauki języków. Drugim moim marzeniem było patrzeć zimą na zielony bluszcz na tle ceglanej ściany. A teraz mam taki widok z kuchni.

    P.N.: Ja miałem marzenie, żeby odprawiać nabożeństwo prawosławne w gotyckim kościele. I to marzenie się spełniło: mam w Ząbkowicach kościół gotycki – prawie bez ludzi. Marzenia się spełniają… Od tego czasu postanowiłem, że nie będę marzył. Będę miał jakieś plany, projekty, albo będę fantazjował, co nie będzie miało żadnego realnego wydźwięku.

    N.N.: To ja zrobię kawy. Chcesz?

    P.N.: Tak, nie, nie, herbaty może.

    -Ja kawę poproszę. Księże Piotrze, przeprowadzam wywiady z obcokrajowcami, ale wiem, że ksiądz przecież na co dzień spotyka się z nimi. Czy to jest duże środowisko?

    P.N.: To jest znaczące środowisko. Nawet na rosyjskiej Naszej Klasie znalazłem 30 osób mieszkających w Świdnicy. Myślę, że można dodać do tego drugie tyle osób, które nie są zarejestrowane na Naszej Klasie. To już o czymś mówi, ale ja tych ludzi nie widzę, ja tych ludzi nie znam, oni się tu nie pokazują. Wydaje mi się, że w większości są to ludzie z polskimi korzeniami lub repatrianci. Oczywiście znam też kilka osób, które tu mieszkają i deklarują się jako prawosławni. Do cerkwi przychodzą ludzie albo bardzo wierzący, albo szukający pocieszenia. Może Pani się przesiądzie, bo tu za mocno świeci.

    -Nie, dziękuję. Mam takie wrażenie, że Państwo macie poświatę i bardzo mi to odpowiada. Jak często ksiądz bywa w Moskwie?

    P.N.: Raz w roku. Dziewczyny bywają dwa razy: na ferie zimowe i latem. Ja bywam zwykle między kolędą a wielkim postem.

    -Czy ma ksiądz ma czas na zwiedzanie miasta? Pytam w kontekście Świdnicy. Czy ksiądz znajduje chwile, w których można pospacerować po mieście, poprzyglądać się?

    P.N.: Bardzo lubię zwiedzać miasta i zawsze mamy taki zwyczaj, że jak już gdzieś jesteśmy, to jedziemy zobaczyć jakiś zamek, jakieś miasteczko, kościoły. Czasami jeździmy do Czech. W Świdnicy działa ta sama zasada, że jak gdzieś się jest, to człowiek jest za leniwy na chodzenie i zwiedzanie. Ja oczywiście widziałem większość ciekawych rzeczy w Świdnicy i lubię chodzić pieszo, lubię jeździć po mieście rowerem. Przez to, że się jest na miejscu, wydaje się, że się jeszcze zdąży. Podobnie w Moskwie pozostało wiele miejsc, w których nie byłem i pewnie nie będę, bo po prostu nie zdążę. Zwiedza się najczęściej miejsce, gdzie się jest krótko, albo gdzie specjalnie wybiera się na zwiedzanie. Natomiast Świdnicę bardzo lubię. Oglądałem Świdnicę zanim tutaj zamieszkałem.

    -Pamięta ksiądz swoje pierwsze wrażenie z pobytu tu?

    N.N.: My zawsze mieliśmy problem, żeby przejechać przez Świdnicę w drodze do Ząbkowic.

    P.N.: Zawsze szukaliśmy jakichś skrótów, ale w efekcie plątaliśmy się po mieście. Te jednokierunkowe ulice w Rynku.

    N.N.: Momentami Świdnica podobna jest do Petersburga. Nasza koleżanka petersburżanka szczególnie zwraca uwagę na kamienice. Mówi, że są jak kopia kamienic z miast rosyjskich i że szerokie ulice przypominają jej Petersburg.

    P.N.: Szczególnie podobne są te rejony secesyjne, bo w Rosji jest dużo tego typu budownictwa, zwłaszcza w miastach stołecznych. Świdnica mi się spodobała, bo ma taki rozmach, ulice średniowieczne są bardzo szerokie. Widać, ze miasto budowane było według koncepcji. Moskwa też jest miastem średniowiecznym, ale była budowana bardziej żywiołowo, w różnych kierunkach, pod różnymi kątami. Miasto więc wydaje się bardzo chaotyczne. Petersburg był budowany inaczej: wszystko wytyczone i zaplanowane. W Moskwie jest inny urok. Oczywiście teraz tego uroku jest dużo mniej niż kiedyś. Moskwa jeszcze po wojnie była w połowie parterowa i drewniana. To było zupełnie inne miasto. Moskwa była dewocyjna. Mieszkały w niej różne społeczności. Potem miasto gwałtownie się rozrosło, teraz co piąta twarz to mieszkaniec Kaukazu lub Azji. Jest to miasto kosmopolityczne.

    N.N.: Mam wrażenie, że język rosyjski już jest w tle.

    P.N.: Akcent moskiewski już prawie zanikł. Atmosfera jest jak w kraju postkolonialnym – przyjadą do nas wszyscy z byłego Związku Radzieckiego. To powoduje większą ksenofobię.

    -W czasie całej rozmowy,  jestem pod wielkim wrażeniem w jak perfekcyjny sposób mówicie Państwo po polsku. Świetnie czujecie Państwo język polski.

    N.N.: Moje zdolności językowe nadal określam jako mizerne. Ale doświadczyłam tego, że wystarczy tylko czegoś chcieć, wystarczy czegoś bardzo pragnąć i codziennie robić mały krok w danym kierunku, żeby coś osiągnąć.

    -Czy mieliście Państwo jakieś zabawne sytuacje związane z językiem polskim?

    P. N.: Kiedyś nie mogłem wymówić: „umówiliśmy się”. Język mi się plątał.

    N.N.: Mi nie wychodziło: „tańczyć” sylaba miękka, twarda, miękka. Rosjanie często tego nie słyszą. Jest kawał o Amerykaninie, ale nam jest też bardzo bliski: W języku polskim są dwa ć: „ć” i „cz”. Odkurzacz i odkurzać. Rozumiesz? Tak. Odkurzacz i odkurzać. Rozumiesz? Tak, ale gdzie to drugie „ć”?

    P. N.: Polacy często nie słyszą miękkiego „r”.

    N.N.: Nie słyszą, bo ta forma nie istnieje w języku polskim.

    P. N.: Nie istnieje, bo przechodzi w „rz”. Więc Rosjanie nie robią błędów z „rz” i „ó”.

    N.N.: Ja lubię wołacz w języku polskim i nie mogę znieść, że ludzie rezygnują z wołacza. To jest wspaniała archaiczna forma, która zanikła w wielu językach.

    -Czy mają Państwo ulubione miejsca w Świdnicy?

    N.N.: Ta brama cmentarza jest piękna, szczególnie, gdy słońce o 7-8 świeci przez tę bramę. To jest coś niesamowitego.  Albo jak cerkiew świeci w nocy. Jest tam złote światło. Droga od bramy do cerkwi jest niesamowita o każdej porze roku.

    P. N.: Ja lubię Świdnicę jako całość, bo bardzo komfortowo się czuję w tym mieście. To jest miasto na miarę człowieka.

    -Bardzo dziękuję za rozmowę.

    Karolina Moroz

    Projekt zrealizowano dzięki wsparciu finansowemu Gminy Miasto Świdnica.