Tkanie życia: Jacek Domejko

    5

    Wywiad z, niekoniecznie, tylko jednym pytaniem.

    „Aby poznać człowieka, trzeba beczkę soli z nim zjeść” powiada znane przysłowie. A że soli zazwyczaj używa się „szczyptę”, to tych „szczypt” musi być bardzo dużo. Tak jak w życiu. Poznajemy innych obcując z nimi lub znajdując się w ekstremalnych sytuacjach, które sprawdzają to, jacy jesteśmy naprawdę. Poznałem Jacka Domejkę dokładnie dziesięć lat temu. I pewnie niezbyt to odległy czas, ale i on wystarczy dla w miarę wytrawnego obserwatora. Wygrał wówczas konkurs na dyrektora świdnickiego szpitala miejskiego. Nie był to jeszcze „ten” słynny „Latawiec”. W kwietniu 2001 roku z naszą służbą zdrowia działo się kiepsko. Zadłużona po uszy, z marnymi pensjami personelu – tylko desperat decydował się, by nią zarządzać. Ale Domejko nie wyglądał ani wówczas, ani dzisiaj na takiego. Kiedy wszedłem do gabinetu dyrektora, przywitał mnie przystojny i dość młody mężczyzna. Miał zdecydowany głos i po naszej rozmowie odniosłem wrażenie, że wie, co chce zrobić. Nowy dyrektor szpitala nie wyglądał na pesymistę. Wręcz przeciwnie – optymizm i energia aż w nim wrzały.

    Po latach można by nawet bez zbytniego patosu powiedzieć, że Jacek Domejko był jedynym ratunkiem świdnickiej służby zdrowia. Dzisiaj, nieco ponad pięćdziesięcioletni absolwent wydziału lekarskiego Akademii Medycznej we Wrocławiu oraz podyplomowych studiów zarządzania w ochronie zdrowia na wydziale gospodarki narodowej Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu nadal pełni funkcję dyrektora i można stwierdzić, że sprawdził się dobrze. Miał, i ma, te wszystkie atuty, jakie są niezbędne, by być świetnym fachowcem. Przekonałem się o tym wielokrotnie słuchająć jego publicznych wystąpień. A miejsca we wszelkich rankingach, jakie zajmuje kierowany przez niego Regionalny Szpital „Latawiec” są dowodem na osiągnięty sukces. Choć bywa na co dzień różnie. Jacek Domejko może być jednak zadowolony ze swojego zawodowego „Tkania życia”.

    A czym dysponuje? Jak podaje wikipedia.pl ukończył szkolenia z zakresu zarządzania zasobami ludzkimi, autoprezentacji oraz mediacji; restrukturyzacji i zarządzania jednostkami ochrony zdrowia organizowanych przez Project Hope Institute. W latach 1985 -1999 pracował jako asystent oddziału ginekologii i położnictwa, lekarz rodzinny, lekarz szkolny, lekarz – ratownik pogotowia górniczego, szef wyjazdowego oddziału reanimacyjnego, starszy asystent oddziału reanimacyjnego w Wałbrzychu, specjalista II stopnia w zakresie anestezjologii i intensywnej terapii. Od 1995-2001 wspólnie ze swoją małżonką prowadził spółki „Servus” i „Almed”. W latach 1999- 2001 zastępca dyrektora SP ZOZ w Świdnicy na stanowisku dyrektora do spraw lecznictwa. Od 2001 dyrektor naczelny tegoż szpitala, który później przemianowano na Regionalny Specjalistyczny Szpital „Latawiec” w Świdnicy. W 2003 roku nominowany do grona ośmiu kandydatów z całego kraju do tytułu prestiżowego pisma „Menager Zdrowia”, osobowość w ochronie zdrowia. Od stycznia 2004 roku jest prezesem fundacji „ Pomóżmy Naszym Pacjentom”. Od lipca 2004 wiceprezydent Rotary Club Świdnica -Wałbrzych. Żona Alicja jest z wykształcenia pielęgniarką, obecnie po wypadku komunikacyjnym porusza się na wózku inwalidzkim. Mają dwie córki, Martę i Anię. Domejko jest niezwykle aktywnym człowiekiem. Już od wczesnych lat dziecięcych zajmował się wymyślaniem przeróżnych wynalazków. Ma na swoim koncie wiele osiągnięć i tytułów. Jako piętnasto, szesnasto i siedemnastolatek co roku otrzymywał wyróżnienia za zgłaszane patenty. Prezentował je m.in. w ówczesnym programie telewizyjnym „Ekran z bratkiem”. Wymyśli np. śmietniczkę z miotełką na korbkę, która zgarniała śmieci; przyrząd do ćwiczeń gimnastycznych, ale najbardziej zaawansowanym technicznie pomysłem była automatyczna „zrywka” do spadochronu, która pozwalała na użycie pewnego elementu powtarzalnego w miejsce nietrwałego sznurka. Były też pomysły zdecydowanie genialne, ale później okazało się, że już wymyślone np. maszynka do mielenia ze skrzynią biegów. Był to okres w życiu, kiedy na cokolwiek spojrzał, chciał od razu racjonalizować i ulepszać. Dzisiaj ze śmiechem przyznaje się, że siłą napędową i sprawczą było chyba lenistwo. Miał i ma wiele pasji. M.in. spadochroniarstwo, jeździectwo, sporty motorowe, koszykówkę, pływanie. Był ratownikiem medycznym zaangażowanym w zabezpieczenie rajdów samochodowych i sędzią rajdowym. Gra w tenisa w Świdnickim Stowarzyszeniu Przedsiębiorców i Kupców. Z różnym skutkiem. Aktywność to sposób na życie sprawdzony od wielu lat.

    Nie lubi sytuacji, w której pozbawiony jest wpływu na to, co robi. Owszem, może pracować w większej zbiorowości, ale musi mieć poczucie tego, że ma wpływ na kierunek działania i pracuje z mądrymi ludźmi. Ale w zasadzie lubi wszystko i wyznaje zasadę – „Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. Nie przepada za określeniem – „Tego się nie da zrobić”. Chyba że dodaje się do tego, że – „W tych określonych warunkach nie da się czegoś zrobić”. Bo w końcowym efekcie rzeczy niemożliwe stają się często możliwe. Gdy tylko stworzy się, zdaniem naszego bohatera, odpowiednie warunki wolności i swobody działania. Największą przyjemność sprawia mu radosny, serdeczny śmiech jego żony, która od lipca 1999 roku żyje sparaliżowana. Ma go nagranego na magnetofonie. I ten śmiech oraz szczęście najbliższych to największa jego radość. Ale jest nim także radość innych ludzi. Jacek Domejko ma w sobie całe pokłady empatii, które wyzwalają się, gdy tylko ktoś potrzebujący pomocy otrzymuje ją. Cytując Ewę Folei, znaną terapeutkę uważa, że są „dwa szczęście – duże i małe. Małe to moje, a duże to szczęście innych”. Przyznaje, że jest niezwykle rodzinny i wyniósł to z dzieciństwa. Choć może wcześniej tego nie dostrzegał i traktował w kategoriach słabości. Dzisiaj zdolność i radość z poświęcania się dla swoich najbliższych jest dla niego najważniej cechą, jaką zaszczepił w nim ojciec. Ma kilka twardych zasad, od których nigdy nie odstępuje. Nigdy nikomu nie dał, ani sam nie wziął żadnej łapówki. Uważa, że budowanie swojego szczęścia kosztem innych jest niemoralne i złe. Tego nauczyła go matka – pielęgniarka. Osoba o najwyższych walorach i zasadach etycznych, którą szanuje i ceni. Ona zawsze chciałby, aby wszyscy ludzie na świecie byli szczęśliwi. Mieszkał i sprawdzał się medycznie za granicą – w Niemczech, Belgii, Holandii, Stanach Zjednoczonych u najsłynniejszych specjalistów m.in. prof. Rudnickiego. Ale poznawał też smak ciężkiej pracy i bólu odcisków na rękach podczas zbioru winogron w Grecji. Członek Forum Obywatelskiego Rozwoju, stowarzyszenia stworzonego przez prof. Leszka Balcerowicza. Ostatnio pochłonięty m.in. teorią Fizyki Życia – wiedzy dotyczącej najważniejszej gry – życia. Gry pełnej przeróżnych reguł, często niezrozumiałych i bezlitosnych, lecz czasem pełnych miłości i poświęcenia. Gry, w której każdy z nas, czy tego chce czy nie, bierze udział. Niedawno Prezydent RP przyznał mu Brązowy Krzyż Zasługi, jako zwieńczenie tego, co do tej pory osiągnął.

    Czy żyjąc tak intensywnie i mając tyle doświadczeń, można mieć jeszcze czas na marzenia? A jeśli tak, to na jakie?

    – O tak. Zawsze miałem marzenia. Najpierw były te chłopięce – przelecieć się odrzutowcem. To zrealizowałem skacząc ze spadochronem lub uprawiając inne sporty ekstremalne. Mam trzecią klasę skoczka i zaliczyłem 45 skoków. Chciałem być też żołnierzem. Ale dzisiaj, zainspirowany pomysłem firmy Google, marzę o naprawieniu świata. Zawsze pociągała mnie biologia, medycyna, a i szczególnie genetyka. Podobno za kilka lat możemy odkryć mechanizmy nieśmiertelności. I to mnie pociąga najbardziej. Marzy mi się, by mieć wiedzę i wpływ na nieśmiertelność. I nie jest to nierealne. Kiedyś było to marzenie młodego chłopaka studiującego biologię, a dzisiaj naprawianie świata bardzo dobry pomysł.

    Wacław Piechocki