Polecamy: Swietłana Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”

    0

    Z tą książką było jak z zakochaniem. Tylko z tą subtelną różnicą, że dowiedziałem się o jej istnieniu od mojego „fabrycznego” kolegi i zapałałem od razu do niej płomiennym uczuciem. Chciałem ją mieć i…. nic. Nie było jej jeszcze na półkach księgarskich, ale kiedy się pojawiła, gdzieś odeszło owe zauroczenie platoniczne. Nie mogło być inaczej, bo tak naprawdę nie znałem JEJ. Dopiero, kiedy zacząłem w Nią wsiąkać… stało się. Wstrząsnęła mną bez taryfy ulgowej i tzw. reszty. Nie pisze się takich i stąd pewnie ta fascynacja. Bo i temat, i formuła przejmuje i nie jest do letnich lektur nad brzegiem morza. To niezwykle przejmująca opowieść o nieznanym obliczu wojny. Widziana oczyma kobiet. Te kilka cytatów powinno wystarczyć, by wyobraźnia zaczęła pracować.

    I nie od razu zaczęło nam wychodzić. To nie jest kobieca sprawa – nienawidzić i zabijać. Nie nasza… Naszą sprawą było przekonywać siebie. Namawiać…”(str. 44)

    „(…) początkowo nawet nie nosiłyśmy odznaczeń. Mężczyźni nosili, a my nie. Mężczyźni byli zwycięzcami, bohaterami, narzeczonymi, mieli swoją wojnę, a na nas patrzyli innymi oczami. Całkiem innymi… Powiem Pani, że nam odebrali zwycięstwo. Po cichu zastąpili je zwykłym kobiecym szczęściem” ( str. 140)

    „ – ostrzyc „po męsku”.

    – Ale nie to kobieta.

    – Nie, to żołnierz. Po wojnie będzie znów kobietą” (str. 191)

    W samym tylko wojsku radzieckim, walczyło około miliona kobiet. I wbrew pozorom, nie były tylko sanitariuszkami, które dziś oglądamy na filmach w wyprasowanych białych fartuszkach, w czepkach na głowach. Rzeczywistość była zgoła inna. Fartuszki były ciągle brudne i zakrwawione, a kobiety były również czołgistkami, lotnikami, mechanikami, piechurami, felczerami, snajperkami… Na niektóre pełnione przez nie funkcje nie ma nawet żeńskich odpowiedników w słowniku! Dziewczyny, często bardzo młode, jeszcze dzieci, trafiały na front i musiały nauczyć się zabijać, chociaż naturalną rolą kobiety jest przecież życie dawać.
    Po wojnie zostały zepchnięte w cień, odebrano im przywilej mówienia, w pewien sposób potępiono, mimo iż dzielnie walczyły za ojczyznę. Wyobrażenia o dziewczynie frontowej doprowadziły do tego, że zaczęły ukrywać przed bliskimi przeszłość, zostały przez społeczeństwo potępione.

    Swietłana Aleksijewicz przeprowadziła mnóstwo rozmów, a zajęło jej to kilkanaście lat. Pokazuje nam wojnę, jakiej nie znaliśmy. Wojnę z kobiecego punktu widzenia – przerażającą i wzruszającą. Wojnę zupełnie inną niż ta męska. Kobiety najpierw walczyły o to, aby do armii się dostać, potem o przetrwanie w świecie niestworzonym i nieprzystosowanym dla nich. Brak damskiej bielizny, brak butów w małych rozmiarach. Wszystko było męskie. Brakowało dziewczynom codzienności… sukienek, puderniczek, zabaw, śmiechu…W czasie bombardowań chroniły nogi, czy twarze… Chociaż zdawały sobie sprawę z tego, że mogą stracić życie.
    Aleksijewicz zebrała historie kobiet, które wcześniej bały się mówić, w obawie przed szykanami czy powracającymi wspomnieniami. Postawiła na naturalizm, pokazanie prawdziwej wojny, z brudem, wszami, nienawiścią, a przede wszystkim z wszechobecną śmiercią. Autorka została laureatką tegorocznej nagrody Ryszarda Kapuścińskiego. I to jest dla mnie wystarczająca rekomendacja, by jej książkę przeczytać.

    Wacław Piechocki