Tkanie życia: Krzysztof Żarnowiec

    13

    Gdy wszedłem do piekarni naszego dzisiejszego bohatera, usłyszałem tekst, jak z czasów kwitnącego Peerelu – „Czy można zapisać się na chleb przed świętami?” Mój kolega, który jest z pokolenia wolnej Polski zdębiał ze zdziwienia. Okazuje się, że i dzisiaj trzeba się zapisywać na chleb, ale ten pieczony przez Krzysztofa Żarnowca. Ma swoją markę i smak. Nie jest to ten rodzaj pieczywa, które jest miękkie i puszyste. A jego jedzenie nie polega na przeżuwaniu. Chleb razowy Żarnowca jest wypiekany wg tradycyjnych receptur i składników. W tym cały jego urok. Pan Krzysztof, choć pochodzi z wielopokoleniowej rodziny piekarzy, nigdy nie myślał, że będzie uprawiał zawód dziadka i ojca. Pierwszy otworzył swoją piekarnię przed wojną w Wałbrzychu. W Świdnicy zaczął piec chleb ojciec pana Krzysztofa, od roku 1958. Robił to do śmierci, na początku lat osiemdziesiątych. Później, po odbyciu służby wojskowej przejął ją nasz bohater. I tak piecze już trzydzieści lat. A, jak już wspominałem, nic nie zapowiadało takiego finału. Krzysztof Żarnowiec jest z wykształcenia technikiem mechanikiem. Przed służbą wojskową pracował w świdnickim ZEM – ie. Nawet wtedy, kiedy funkcjonowała piekarnia jego ojca, on nie próbował zgłębiać tajników wiedzy piekarniczej. Dopiero gdy zabrakło ojca musiał zmierzyć się z fachem. Początek był trudny, ale dzięki wsparciu pomocnika wyszkolonego przez tatę jakoś przetrzymali najtrudniejszy okres. Teraz wspólnie wypiekają chleb wg sprawdzonych technologii, na własnym zakwasie i na mące z tego samego młyna w Dzierżoniowie. Jak twierdzi nasz dzisiejszy bohater, piekarz to człowiek przywiązany do tego, co wybrał. Nie ma urlopu, świąt i luzu, takiego, jaki mają w innych zawodach. Uciążliwości pracy nie można nawet porównać z zawodem rolnika. Bo ten po żniwach może zrobić sobie wolne. – Ja nie mam takiego luksusu – twierdzi pan Krzysztof.

    Kiedy zaczyna pracę o godzinie 21.00 to pierwszy raz może na chwilę usiąść około 6 rano. Przez ten czas nie ma wolnej chwili. Kończy jedną pracę, zaczyna drugą. Jeszcze 10 lat temu zamykał piekarnię na miesiąc. Fundował sobie i pracownikom urlop. Ale po każdym takim okresie odchodziła od niego spora grupa klientów. Teraz pracownicy idą na urlop, a on wraz z córkami piecze chleb. Lubi swoją pracę i chyba nie zamieniłby jej na inną. Ma nadzieję, że może piekarnię przejmie jego siedemnastoletni syn. Choć ten na razie nie garnie się do pieczenia. W wolnych chwilach zajmuje się swoim 200 litrowym akwarium i rybkami. Jest ich tam całkiem spora ilość. Lubi też zbierać minerały, których ma coraz więcej.

    Czy między jednym a drugim wypiekiem ma pan czas na marzenia? O czym marzy jeden z najstarszych świdnickich piekarzy?

    – Jakieś marzenia mam, ale te najczęstsze dotyczą pracy i zdrowia. Marzę, by w pełnym zdrowiu doczekać emerytury, przekazać rodzinną piekarnię w dobre ręce a później…. Robić coś miłego i nie tak pochłaniającego czas.

    Wacław Piechocki