Mariusz Szczygieł „Gottland”

    4

    „Gottland” – obsypany nagrodami zbiór reportaży Mariusz Szczygła czyta się na wdechu. Kartka za kartką z narastającym niepokojem, że za chwilę koniec lektury, bo książeczka nie za gruba. Ale jest na to sposób – należy zacząć czytać od początku. Należy i warto, bo jest to niezwykła książka. Czyta się ją wartko i lekko, a przecież opowiada historię o niezwykłym ciężarze. Szczygieł bohaterem swoich reportaży uczynił osoby publiczne i popularne w Czechach: pisarzy, rzeźbiarzy, piosenkarkę, aktorkę. Krótkie historie ludzi, których zmieniał i łamał system komunistyczny i czeska bezpieka stosując takie metody, których perfidię i przebiegłość wprost trudno sobie wyobrazić.

    A wszystko to oplecione nićmi totalnego kosmicznego absurdu, tragikomiczną i surrealistyczną otoczką. I oglądamy, jak ludzie łamią zasady, zdradzają najbliższych, piszą donosy, jak się dostosowują, ulegają i kolaborują.

    Oglądamy też, jak potrafią być wierni ideałom, normom moralnym i zwykłej przyzwoitości, jak horrendalnie wysoką cenę przychodzi im za to zapłacić. Takich opisuje Szczygieł – wplątanych, chcący lub niechcący w politykę i ideologię. Smutny, gorzki i przejmujący obraz życia naszych czeskich sąsiadów, u których komunizm padł jak u nas w 89 roku, ale pokłosie trwa do dzisiaj. Bo Szczygieł opisuje bohaterów heroicznych, ale też zwykłych oportunistów, szuje i kanalie. I jak zwykle nie oceniania, nie feruje wyroków, nie wystawia laurek – z zawodową rzetelnością stara się zrozumieć. Autor zbierał materiały do tej książki przez kilka lat i pokazał Czechosłowację nie jak beztroski kraj knedlików, piwa, Pepików, Heleny Vondrackowej i „Szpitala na peryferiach”. Ale jako nie ten najweselszy barak w komunistycznym ustroju.

    Czesi stwierdzili, że podstawił im przed oczy zwierciadło, jakiego sami by sobie nie postawili. Kto i kiedy postawi nasze polskie lustro, byśmy się w nim przejrzeli?

    Wacław Piechocki