Dziecko chore? Nie płacimy!

    6

    – Nie wiem, czy to nie za mocne słowa, ale myślę, że  w Świebodzicach część dzieci dotknęła dyskryminacja – ostrożnie rozważa Katarzyna Tomańska, założycielka pierwszego w mieście niepublicznego przedszkola „Koniczynka”. – Miasto nagle zaczęło potrącać ustawową dotację o dni, gdy maluchy są chore. Tak się nie dzieje w żadnej z okolicznych gmin, a sytuacja zaczyna zagrażać naszemu funkcjonowaniu. Świebodzice sprawdziły listy obecności dzieci i zażądały zwrotu ponad 56 tysięcy złotych za absencję przedszkolaków.

    – Ustawa o systemie oświaty ( z 7.09. 1991 – przyp. Red.) sprawę dotacji dla przedszkoli reguluje jasno – mówi Tadeusz Niedzielski z departamentu edukacji w Urzędzie Miejskim w Świdnicy. – Przedszkole niepubliczne na każde dziecko ma dostawać z budżetu samorządu nie mniej niż 75%  stawki  obowiązującej dla przedszkola publicznego. Dotacja należy się za każde dziecko zapisane i uczęszczające do placówki bez względu na to, ile dni faktycznie było w przedszkolu. Odliczanie jakichkolwiek kwot za nieobecność spowodowaną chorobą byłoby co najmniej nierozsądne, przecież nadal trzeba ponosić koszty zatrudnienia nauczycieli, prądu, wody itp., itd. W Świdnicy nikt nie sprawdza listy obecności! Płacimy dotację zgodnie z wymogami ustawy i jest to kwota 361 złotych miesięcznie na 1 dziecko. Bo jak sobie wyobrazić sytuację, gdy na przykład jest epidemia różyczki i nie ma 90% dzieci? Przecież placówka  nie miałaby szans na utrzymanie.

    Identycznie jest w gminie wiejskiej Świdnica, gdzie funkcjonuje 1 prywatne przedszkole. – Płacimy dotację zgodnie z ustawą w kwocie 360 złotych miesięcznie na dziecko – mówi Maria Jaworska, odpowiadająca w gminie za oświatę. – I ta stawka jest niezmienna bez względu na liczbę dni, w jakich dziecko było nieobecne czy to z powodu choroby, czy z innych przyczyn.

    Podobnie było w Świebodzicach aż do grudnia 2010 roku. – Od września 2008 roku co miesiąc podawałam liczbę dzieci zapisanych i uczęszczających, i na tej podstawie otrzymywałam 309 złotych należnej dotacji na każdego malucha. Nikt nie sprawdzał list obecności! – mówi dyrektorka przedszkola „Koniczynka”. – 9 grudnia znienacka pojawiła się kontrola z Urzędu Miejskiego i panie zażądały list obecności z ostatniego półrocza. Udostępniłam z trzech miesięcy. Urzędniczki spisały dzień po dniu obecność i nieobecność każdego dziecka, po czym otrzymałam protokół pokontrolny z wyliczoną średnią „fizycznej” obecności dzieci za pół roku i zapis, że mam oddać 56 tysięcy z już wypłaconych dotacji. Byłam zdumiona i zdruzgotana, bo gdybym miała oddać te pieniądze, przedszkole by nie przetrwało. W jego utworzenie włożyłam pół miliona złotych, remontując i wyposażając od podstaw, wreszcie  zdobyłam zaufanie rodziców, którzy chętnie powierzają nam dzieci, o czym świadczy coraz więcej zapisów. Opierając się na uregulowaniach prawnych, które zobowiązują gminę do dotowania przedszkoli, ustaliłam także opłaty rodziców na niewygórowanym poziomie – 380 złotych miesięcznie z wyżywieniem i zajęciami dodatkowymi włącznie. Bo prywatne nie oznacza, że ma być dla bogaczy!

    Burmistrz Świebodzic Bogdan Kożuchowicz twierdzi tymczasem, że wszystko dzieje się zgodnie z prawem i powołuje się na uchwałę Rady Miejskiej z 30 września 2008 roku, która mówi, że „rozliczenia dotacji osoba prowadząca niepubliczne przedszkole dokonuje na podstawie faktycznej liczby uczniów uczęszczających do przedszkola. Faktyczną liczbę dzieci ustala się na podstawie ewidencji. Średnią liczbę dzieci z danego miesiąca ustala się poprzez zsumowanie dziennych stanów dzieci i podzielenie przez liczbę dni roboczych.” –  Takie brzmienie – zdaniem radcy prawnego Sławomira Byry – wykracza poza granicę ustawy o oświacie. Radca powołuje się także na orzecznictwo sądowe. Burmistrz ripostuje, że uchwałę zaakceptował nadzór prawny wojewody. Jednak rodzą się dwa pytania. Dlaczego dotąd zapis uchwały nie był stosowany i dlaczego nagle zaczęto go stosować literalnie? –  Zapaliła nam się czerwona lampka – tłumaczy burmistrz. – Początkowo dzieci było 45 – 50, teraz jest 70. Dlatego postanowiliśmy to sprawdzić i w efekcie zastosować uchwałę.

    Czy zdaniem szefa miasta mogło dojść do nadużycia, do zapisania tzw. martwych dusz? – Absolutnie tego nawet nie sugeruję, tego kontrola nie stwierdziła! Kontrola wzięła pod uwagę wyłącznie zapis uchwały – odpowiada burmistrz Kożuchowicz. I dodaje, że absencja chorobowa jest brana pod uwagę przy naliczaniu dotacji także w przedszkolach prowadzonych przez miasto.

    Sprawą zainteresowaliśmy Rzecznika Praw Dziecka. – To nie pierwsza taka sytuacja w Polsce – mówi Marek Michalak. – Ustawa jest jasna, precyzyjna i nie daje możliwości dowolnego interpretowania. Dotacja ma być wypłacana w całości bez względu na spowodowane chorobą nieobecności dziecka. Są, niestety, podmioty, które próbują czytać prawo na swój sposób. Przypominam jednak, że żyjemy w państwie prawa i dokumenty niższej rangi nie mogą być sprzeczne z ustawami czy Konstytucją. Trudno mi bez oglądu całości dokumentacji komentować sytuację Świebodzic, ale obiecuję, że poproszę władze miasta o przedstawienie mi cytowanej uchwały gminy, jak również całość akt tej sprawy. Jeśli mój zespół prawny stwierdzi, że uchwała jest wadliwa, to zażądam jej zmiany, a w razie problemów podejmę kroki zgodne z obowiązującymi przepisami prawa. W zeszłym roku w podobnej sprawie Rzecznik Praw Dziecka był stroną postępowania najpierw przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym, później  przed Naczelnym Sądem Administracyjnym. Postępowanie zakończyło się uwzględnieniem moich wniosków, a  gmina musiała zwrócić sporą kwotę na konto przedszkola. Winna była źle skonstruowana uchwała Rady Miejskiej. W ostatnich 2 latach mojego urzędowania miałem kilka wniosków o interwencję w podobnych sprawach. Najczęściej jednak sąd nie jest potrzebny, wystarczy  opinia mojego Biura i dochodzi do zmiany uchwał. Normalną rzeczą jest, że ludzie popełniają błędy – ważne jest jednak, żeby chcieli je naprawiać. Kiedy mówimy o zabezpieczeniu dobra dziecka, nie ma rzeczy ważniejszych.

    Czy w Świebodzicach prawo zostało złamane? – Zwrócimy się do Rzecznika Praw Dziecka, by pomógł naszemu przedszkolu, ostatecznie sami pójdziemy do sądu – mówi Katarzyna Tomańska. Burmistrz tymczasem twierdzi, że chce polubownego rozwiązania sporu i sprawa jego zdaniem nie jest jeszcze ani zamknięta, ani przesądzona. – Zdecydowanie oczekuję tego „polubownego rozwiązania”, ale na razie w ogóle nie widzę działań w tym kierunku – rozkłada ręce pani dyrektor.

    Wczoraj na specjalnym zebraniu Katarzyna Tomańska o sytuacji  poinformowała rodziców. Prosiła także burmistrza, by zechciał się z nimi spotkać, jednak Bogdan Kożuchowicz uznał, że nie ma powodu. Dyrektorka zapewnia, że będzie walczyć o utrzymanie przedszkola, ale nie stanie się to kosztem rodziców. Ich opłata pozostanie na niezmienionym poziomie.

    Agnieszka Szymkiewicz

    [photospace]