Polecamy: „Ostatni don” Mario Gianluigi Puzo

    0

    Znany przede wszystkim ze swoich książek opisujących sycylijską mafię. Mafia – to słowo niesie wiele negatywnych skojarzeń. Morderstwa, haracze, wymuszenia, porwania, narkotyki… Mafijne macki sięgają daleko w kręgi polityki, biznesu i władzy. Przynależność do mafii przynosi spore profity, okupione jednak wysoką ceną. Bo z mafią nie warto zadzierać, gdyż za nieposłuszeństwo czeka jedyna „nagroda” – śmierć. Chyba wszystkim wiadomo, że kolebką mafijnych organizacji jest Sycylia. Jednakże na początku XX wieku, wskutek emigracji zarobkowej, mafia zawędrowała do USA i tam rozwinęła swe skrzydła na o wiele większą skalę niż w ojczyźnie.

    Don Clericuzio pokochał Amerykę za słynną maksymę tutejszego sądownictwa: „lepiej wypuścić na wolność stu winnych ludzi, niż ukarać jednego niewinnego”. Te słowa obudziły w nim tak wielki patriotyzm względem Stanów Zjednoczonych, że uznał je za swój kraj. To właśnie tu postanowił zostać na zawsze i zbudować swoje imperium. Jak każda duża organizacja, mafia posiada swoją hierarchię. Jednym z jej szczebli jest Rodzina. Na całym terytorium USA rozlokowały się liczne rodziny mafijne, a najpotężniejszą z nich była Rodzina Clericuzio. Ona była kościołem, a stojący na jej czele don Domenico Clericuzio – papieżem dla wszystkich członków mafii. I mimo że legendy o okrucieństwie Rodziny Clericuziów już od ponad stu lat krążą szeptane z ust do ust, to don Domenico swą pozycję zawdzięczał przede wszystkim sile charakteru, mądrości i inteligencji, a nade wszystko zasadom moralnych, których stosowania surowo przestrzegał. Dzięki swojej determinacji, sprytowi i łapówkom (bez tego się raczej nie obejdzie) – don Clericuzio wprowadził swoją Rodzinę do grona najbardziej wpływowych sfer w Ameryce.

    Władza Rodziny sięgała już tak wysoko, że jej członkowie bardzo rzadko brudzili sobie ręce mokrą robotą. Jednak Donowi został jeszcze jeden cel do zrealizowania – pragnął, by jego dzieci i wnuki mogły wtopić się w praworządne społeczeństwo, wieść uczciwe życie i w spokoju cieszyć się swoim bogactwem. I teraz właśnie nadszedł na to czas. „Ostatni don” może oszołomić. Kompletnie zaskoczyć. Skoro książka ma traktować o mafii, powinna być pełna obrzydliwych scen mordów, tortur i wszelkich niecnych uczynków, z jaki mafiosi słyną. Tymczasem powieść subtelnie wprowadza w świat, który ma swoisty urok i przyciąga jak magnes.  Mimo że nadal jest to jest świat przestępców, ludzi, którzy bogacą się na krzywdzie innych. Jednak postacie wykreowane przez Mario Puzo zadają kłam powszechnie panującej opinii, iż członkowie mafii to bezmyślne maszyny do zabijania. Bohaterowie „Ostatniego dona” to doskonali stratedzy, finansiści, biznesmeni. To ludzie, którzy kochają i chcą być kochani, którzy cierpią, przeżywają rozterki. Niejeden z nich podziela marzenia dona o szczęśliwym, spokojnym życiu, w którym szczęście i dostatek nie opiera się na cierpieniu innych. Na uznanie zasługuje schemat, według którego zbudowana jest historia rodziny Clericuzio.

    Na początku może nam zawirować w głowie od nadmiaru osób i nazwisk przewijających się przez pierwsze strony powieści, ale już po chwili, rozdział po rozdziale poznajemy losy kolejnych bohaterów, ich pozycję w Rodzinie, przekonujemy się, jakimi uczuciami darzy ich don Domenico. Imponująca jest chronologia zdarzeń – często cofamy się w czasie po to, by poznać właśnie ten szczegół, który ma olbrzymie znaczenie dla całej historii. A każdy epizod ma znaczenie, choć czasami poznajemy je ładnych kilkadziesiąt stron później. Dzięki temu nasze skupienie na lekturze musi spełniać dwieście procent normy, ale to wcale nie jest trudne do osiągnięcia. W chwili, kiedy weźmiecie „Ostatniego dona” do ręki – świat przestanie istnieć. Ta powieść może uwieść. Głównie dzięki charyzmatycznej osobie głowy rodziny Clericuziów – dona Domenica. To człowiek zaskakujący sposobem myślenia, siłą swego charakteru, inteligencją, dalekowzrocznością, która niemal graniczy z proroctwem. Człowiek głęboko religijny, który jednak bez zmrużenia oka decyduje o życiu i śmierci innych ludzi. Człowiek, który wymaga absolutnego posłuszeństwa, a jednocześnie potrafi wybaczać błędy. A przede wszystkim człowiek o głęboko zakorzenionych zasadach moralnych, które stanowią niepodważalny fundament jego imperium. Zawsze imponują mi autorzy książek, którzy opierając swą intrygę na realiach życia wziętych z teraźniejszości lub przeszłości, wykazują się znajomością tematu. W przypadku Mario Puzo podziw budzi znawstwo, z jakim pisze o meandrach świata filmowego, o regułach, jakie panowały i pewnie nadal panują w Hollywood. Sposób, w jaki prawniczka Molly Flanders tłumaczy metodę obliczania zysku netto z filmu. Niejednemu ekonomiście szczęka by opadła. Hołduje się tutaj wartościom, na których zanik cierpi współczesny świat. Najważniejsza jest rodzina, honor, lojalność i posłuszeństwo. Są zasady, których nie można złamać. Śledząc losy bohaterów, możemy się przekonać, że często ludzie postrzegani, jako praworządni to niezłe szumowiny, a wyklęci z grona uczciwych mają godny zazdrości kręgosłup moralny. Pewnie to zabrzmi paradoksalnie, ale jeśli chodzi o przestrzeganie reguł, kodeksu i ustalonych wartości, mafię „założoną” przez Mario Puzo można postawić za wzór.

    Wacław Piechocki