Prywatny Latawiec – dla kogo?

    7

    No i stało się. Dowiedziałem się chyba tydzień temu przed tym, jak informację podała swidnica24.  – Będą grzebać przy Latawcu! –  powiedział mi dobrze poinformowany przyjaciel. W najwyższym (!?) starostwie urodził się pomysł, by zrobić świetny deal. Chcą Latawiec sprzedać w prywatne ręce. Powiat spłaci swoje długi i jeszcze ma podobno zostać na budowę jakiegoś atrakcyjnego centrum rekreacyjno-sportowego. A może sali widowiskowej z lodowiskiem. Szczegół nieważny. Najistotniejsze, że samorządowy szpital regionalny – chluba, którym bez przesady możemy się szczycić – nie będzie nasz. Budowany z naszych podatków przez blisko dwadzieścia lat i równie pieczołowicie wyposażany zacznie cieszyć zyskami kogoś innego. I to kiedy? Gdy wszystko zostało niemal zapięte na ostatni guzik. Po prostu skandal i granda. Przyznam, że mimo, iż określenie „prywatny” nie budzi we mnie złych skojarzeń, to w tym przypadku przeszedł mnie lekki dreszcz. W Latawcu bywam od niemal półtora roku regularnie prawie co dwa tygodnie, a czasami co miesiąc. Znam dość dobrze dwa oddziały – chirurgię i onkologię. Lekarzy, pielęgniarki, niemal cały personel – powtarzam to wszędzie – jestem pod niebywałym wrażeniem ich pracy, poświęcenia, dokonań i tego, czego doznają tam pacjenci. Mam ostatnio sporo doświadczeń z dolnośląską służbą zdrowia i wiele podobnych placówek np. we Wrocławiu nie może się równać ze świdnickim szpitalem. Znam nie tylko placówki państwowe, ale i prywatne, w których leczyłem się kilkakrotnie. Wiem, jaką wartość ma Latawiec. Więc mi smutno – jak mawiał Norwid w „Promethidionie”, że czarne chmury kłębią się nad szpitalem.Nie można wierzyć władzy, że to tylko wynik zmian w ustawodawstwie o służbie zdrowia, którą przewiduje rząd. Zawsze się tak zaczynało. Wystarczy rzucić hasło – „komercjalizacja”, a tworzą się przeróżne legendy i uzasadnienia. Scenariusz jest zazwyczaj podobny. Najpierw jest przekształcenia w spółkę, później coraz poważniejsze finansowe kłopoty, który pociągają upadłość i … wykup za przysłowiowe grosze. Nawet jeśli w tym przypadku władza będzie się zarzekać, że „nie” i „nigdy” – nikt nie daje takiej pewności. Ciągotki lokalnych władców do uwłaszczania się na takim majątku znane są nie tylko z literatury. Czy tak trudno pojąć, że możliwy jest taki scenariusz, w którym obecni rządzący powiatem szykują sobie miękkie lądowanie w prywatnej, czy może innej placówce typu Latawiec, jako członkowie rad nadzorczych, czy innych wynalazków. Zbliżając się do brzegu – nie podoba mi się ta koncepcja, choć starosta może zapewniać, że jest jedynie słuszna i prawdziwa. Nie podoba mi się skład personalny zespołu, który ma dokonać oceny skutków tych przemian, bo wszyscy jego uczestnicy są „umoczeni” w temacie. Nie podoba mi się, że starosta zapomina o zadaniach, jakie spoczywają na nim z racji pełnionej funkcji. No, jak się brało stanowisko, to nie po tylko, by promować swój powiat na targach turystycznych za granicą, ale i nie spać w nocy z powodu problemów finansowych swojego powiatu. Nie ma lekko. Za coś trzeba odpowiadać i mieć świadomość tego, że dostaje się co miesiąc 12 tys. złotych na konto nie za świecenie oczyma, tylko za pracę.   Według obowiązującego prawa powiat nadal wykonuje określone ustawami zadania publiczne o charakterze ponadgminnym w zakresie promocji i ochrony zdrowia. Jak będzie to realizował po sprzedaniu Latawca wie zapewne tylko pomysłodawca tego pomysłu roku. Będę obserwował rozwój wypadków z niepokojem i nadzieją, że zdrowy rozsądek powróci do posowieckiego gmaszyska przy ulicy Skłodowskiej – Curie.

    Wacław Piechocki