John Irving „Ostatnia noc w Twisted River”

    1

    Z książkami Johna Irvinga jest tak, że albo się ich nie znosi, albo uwielbia. Co jest znakiem, że nie budzą letnich uczuć. Zaliczam się zdecydowanie do grupy wielbicieli. Mam wszystkie jego powieści i wracam do nich co jakiś czas. Do której najchętniej? Do „Modlitwy za Owena” i proszę nie pytać, dlaczego. Może i klimat jej najbardziej mi odpowiada.

    Pierwsze zetknięcie z Irvingiem to studenckie czasy i „Świat według Garpa”, czytany zachłannie w momencie, gdy obok leżał stos podręczników potrzebnych do zdania egzaminu z farmakologii. Rzecz jasna egzamin oblałam, ale „Garp” był w tym momencie istotniejszy.

    „Ostatnia noc w Twisted River” ma swój początek w tytułowej osadzie flisaków w stanie Maine – ulubionym stanie Irvinga. Kucharz Dominic Baciagalupo i jego syn Daniel zmuszeni są opuścić dom, przyjaciół i pracę, bo zdarza się coś, co na zawsze zmienia ich życie. Ot, zwykła pomyłka nagiej kobiety z niedźwiedziem. Nie powinno się opowiadać książek Irvinga komuś, kto chce je przeczytać, bo nagromadzenia zdarzeń i postaci, zazwyczaj przedziwnych, jest tak duże, że to ono stanowi o wyjątkowym smaku lektury.

    Czytając tę książkę i znając pozostałe „irvingi”, można poczuć się trochę jak w literackim domu, bo autor wraca do swoich ulubionych motywów: samotnego ojcostwa, bycia pisarzem, ułomności, niedźwiedzia. Stwarza postaci mocne, charakterystyczne, zdeterminowane, które ja postrzegam jako kierujące się często zasadą „jak trzeba to mus”. Lubię sposób, w jaki Irving rozwiązuje niektóre wątki lub historie niektórych osób. Bo potrafi zrobić to jednym zdaniem, pisząc np.… „a za trzydzieści lat pan X będzie bogaty i otoczony gromadą wnuków”…, choć pan X ma w chwili obecnej 12 lat i zero szans na bogactwo. Książka skrzy się nowymi pomysłami podanymi lekko i z przymrużeniem oka, choć nie brak tu zbrodni, wszelakiego występku. Po prostu Irving jedyny w swoim rodzaju zawsze w wielkim stylu.

    Izabela Jankowska