Na pohybel ….Racjonalistom!

    4

    Moje fascynacje twórczością Mariusza Szczygła mają krótki żywot. Pewnie dlatego, że większość swojego żywota oddawałem się „uwielbieniu” do Mistrza Kapuścińskiego. Uczyłem się swojego otoczenia dzięki „Buszowi po polsku”. Poznawałem świata przez „Wojnę futbolową”, „Kirgiza schodzącego z konia”, „Chrystusa z karabinem na ramieniu”, „Cesarza”, „Szachinszacha”, czy wreszcie „Imperium”. Później „Lapidarium” od I do V i „Podróże z Herodotem” dotarły w pełni do mnie i odbierałem je, jak swoje własne przemyślenia.

    Po tym przeszedł czas Szczygła i odkrywania zupełnie czegoś innego. Wyjątkowy zmysł obserwacji i sympatia do naszych południowych sąsiadów stawia pan Mariusza na czele znanych mi czechofilów. Wczoraj zacząłem tego doznawać w najnowszym zbiorze reportaży, esejów i innych mniej definiowanych form literackich – „Zrób sobie raj”.

    Właśnie tam, na samym początku, w eseju „Coming out”, na stronie 11, w drugim akapicie znalazłem takie oto zdanie, – „ Jeśli jest coś takiego jak słowiańska dusza, to ma ona silny odłam czeski, co najlepiej oddaje zdanie wyczytane przez autora na naklejce w praskim pisuarze: “Pielęgnujcie przypadkową życzliwość i piękne czyny pozbawione sensu“.

    Idea godna miejsca, nic dodać, nic ująć. Przyznam, że po przeczytaniu tego zalała mnie fala takiego ciepła i radości, jakiej dawno nie doznawałem. Toż nie można było pełniej nazwać tego, czego życzyć powinno się wszystkim. I przyjaciołom, i wrogom. Jaki piękny byłby świat, gdybyśmy się, na co dzień kierowali taką maksymą? No, cóż to tylko marzenie.

    Ale w każdym takim jest odrobina realizmu. Gdy dochodzi do mnie, jak nieprzewidywalni i pomysłowi mogą być ludzie w organizowaniu siebie samych, to myślę, że wszystko jest możliwe. Pewna bliska mi dentystka marzy, by hodować kury. Nie po to, by robić interes na jajkach, ale tak po prostu. Gdzieś na odległym Podlasiu żyje sobie malarz o nazwisku Leon Tarasewicz, który jest znanym hodowcą ozdobnych kur, gołębi i bażantów. Posiada największą w tym rejonie Polski plantację georginii. Jest ich tam podobno kilka tysięcy odmian. W necie można znaleźć blogerki, które wymieniają się doświadczeniami w szyciu lalek, zabawek, przeróżnych szmatkowych szaleństw. Znam osobiście chirurga szczękowego płci żeńskiej, która przez dwa miesiące zmagała się z wielobarwnym patchworkiem. Gdy go skończyła wzbudzał zachwyt innych koleżanek, na co dzień zajmujących się finansami, consultingiem, medycyną czy innymi poważnymi sprawami. Ludzie szukają wytchnienia od tego, co nasz otacza. Uczą się wypiekać chleb. Uprawiają zioła, lepią garnki i robię rzeczy, które dla innych wydają się idiotyczne i pozbawione sensu. Pewnie, dlatego, że po prostu tego potrzebują. Szukanie pasji i przyjemności staje się ucieczką od racjonalizmu, pragmatyzmu i wszelkiego – zmu, który pozbawia nas duszy i uśmiechu na twarzy. A przecież każdy z nas potrafi się śmiać i cieszyć, i sprawiać sobie małe przyjemności. O tego się zaczyna. Później możemy przejść do życzliwości dnia codziennego. O rozmowie na ławce w parku z kimś zupełnie nieznanym i przypadkowym. O zdjęciu słuchawek z uszu i wsłuchiwaniu się w otaczający nas świat. Otwieranie się nie jest czymś trudnym. Najważniejszy jest ten pierwszy krok. Jak w przypowieści o świętym Dionizym. Przeczytałem o niej w wywiadzie z Lejbem Fogelmanem w Przekroju nr 44(ze wszech miar polecam) z dnia 2 listopada 2010 roku.

    Fogelman opowiadał ją Jerzemu Grotowskiemu na jakimś przyjęciu w Nowym Jorku.

    „Święty Dionizy został napadnięty w drodze do Paryża przez pogan, którzy ścieli mu głowę. Święty wziął ją więc pod pachę i poszedł ostrzec towarzyszy przed tą hordą. I scholastycy zastanawiali się przez dobre kilkaset lat, jak on szedł z głową pod pachą. Odpowiedź dał dopiero święty Tomasz z Akwinu, który powiedział, że nieważne, jak szedł, ważne, jak zrobił pierwszy krok.”  Róbmy więc pierwszy krok. Reszta pójdzie gładko.

    Wacław Piechocki