Piękniejszy świat Beaty: Za znachorem w bagno

Piękniejszy świat Beaty: Za znachorem w bagno

0
PODZIEL SIĘ

Mój kolega powiedział niedawno błyskotliwą rzecz: „Powstanie fejsbuka będzie tym momentem w dziejach ludzkości, który będzie postrzegany jako koniec społeczeństwa opartego na wiedzy”. 

I jest w tym wielka mądrość. Bo na tej żyznej glebie, jaką dał ten portal, jak grzyby po deszczu wyrośli wszelkiej maści znachorzy i „autorytety”, którym zaczęliśmy wierzyć bardziej niż lekarzom i naukowcom. Bardziej nawet niż własnej intuicji i zdrowemu rozsądkowi. Portal stał się jak samochodowa nawigacja, która każe jechać prosto, pomimo, że nam kończy się droga, a przed nami już tylko głębokie bezkresne bagno. I my to „prosto” bierzemy na celownik, skoro tak nam ktoś powiedział. A skoro tak powiedział, to pewnie wie.

A skąd wie i czy przypadkiem się nie myli, tego już niestety nie sprawdzamy. Nie zweryfikujemy, czy ten ktoś ma ku temu odpowiednie wykształcenie i kwalifikacje.  Czy z dużą stanowczością wypowiadane słowa są poparte choćby osobistym doświadczeniem.  I tak oto  nie wiadomo kiedy i jakim to sposobem Beata Pawlikowska wyrosła na najskuteczniejszego trenera kulinarno-językowo-pychologicznego, a Lipstick Monster na guru od mody i wyglądu. Bez cudzych poradników nie potrafimy już poruszać się po świecie, gotować  ani nawet  jeść, dbać o siebie ani o własne mieszkanie. Nasze życie zaczęły regulować wyrwane z kontekstu, umieszczone na tle przesłodzonych landszaftów cytaty, do których byśmy zapewne nie dotarli w inny sposób niż przez fejsbuka. Przecież nie czytamy książek…

I tak oto za radą fejsa przestaliśmy szczepić własne dzieci, nowotwory chcemy wyleczyć sokiem z cytryny i wszędzie widzimy  spisek koncernów farmaceutycznych. Umacniamy się codziennie w przeświadczeniu, że życie może być piękniejsze, gdy skorzystamy z cudzej recepty na szczęście, będziemy szczuplejsi, gdy zastosujemy cudzą dietę i osiągniemy większy sukces, gdy podążymy cudzą ścieżką kariery. Po co wymyślać własne, skoro mamy gotowce.

No i cóż… Otrzymujemy w ten sposób gotową receptę na stres. Bo fejsbuk podaje samą esencję – tę smakowitą, pozbawioną fusów creme de la creme. Nie pokazuje, że niejednokrotnie było trudno, że sukces okupiony został wysiłkiem, zabrał sporo czasu, a po drodze przydarzyły się nieudane próby. Fejbuk buduje przekonanie, że należy oczekiwać jedynie pozytywnych rozstrzygnięć, i to już w momencie, gdy tylko ustawimy się z pozycji startu.

Złości mnie ogromnie, że ci wszyscy złotouści kaznodzieje, ci  terapeuci i trenerzy rozwoju nie zadbają o dostateczne uwydatnienie tego oto ważnego szczegółu, że ich sukces był być może jedynie ich własnym sukcesem i że w innych warunkach, szerokościach geograficznych i przy innej osobowości doświadczającego ich metoda może nie zadziałać. Może nie być złotym środkiem na wszystko. Wkurza mnie, że nie formułują swoich komunikatów w osobie pierwszej. Nie napiszą „ja zrobiłem, ja przećwiczyłem, ja zastosowałem”. Zamiast tego mówią: „Zrób, przećwicz, zastosuj”. Motywatorzy od siedmiu boleści.

Marzy mi się, że objawi się na fejsbukowym firmamencie ktoś, kto wskaże, jak nie wierzyć fałszywym prorokom. Kto ich wszystkich wypunktuje i obnaży. Kto podzieli się osobistymi doświadczeniami, jak i kiedy dał się wpuścić w maliny i jakie z tego wynikły konsekwencje. Kto podda w wątpliwość skuteczność metod i wyśmieje Coelhowskie cytaty.  Tak bym chciała, aby pojawił się ktoś, kto opowie, jak sam omijał przeszkody i jak zderzył się ze ścianą, zamiast kazać innym brać wszystko na klatę i wmawiać im, że mogą wszystko. Na takiego motywatora demotywującego czekam…

Beata Norbert
Po piękne drobiazgi Beaty zapraszamy do sklepu na  atrillo.pl