Idziemy do kina: Alpy

Idziemy do kina: Alpy

0
PODZIEL SIĘ

Yorgos Lanthimos jest jednym z tych reżyserów, który wytworzył własny, osobisty język filmowy i w specyficzny styl wpisuje kolejne opowieści, na pograniczu dystopijnego zamysłu oraz egzystencjalnej obojętności mierzy człowieka ze środowiskiem. Chyba właśnie ta relacja wybrzmiewa najmocniej w owej twórczości – konflikt jednostki z hermetyczną rzeczywistością, otoczenie definiujące tożsamość i substytuty emocji odzierające z człowieczeństwa. Siła jednak tkwi w tym, że twórca obudowuje te, bądź co bądź, znajome tropy narracyjną oschłością oraz groteskową konwencją. I jak „Kieł” przerażał końcową diagnozą, a „Homar” intrygował tragikomiczną otoczką, tak „Alpy” nie zdają się mówić nic nowego, wciąż pozostając niewygodnym obrazem ludzkiej samotności.

Alpy

Nie jestem przeciwny monotematyczności na przestrzeni kilku produkcji, na przestrzeni całej filmografii, bowiem eksplorowanie podobnych kwestii, choć z łatwością uznać można za odtwórczość, ułatwia odszukanie obsesji artysty, umożliwia wgląd we wrażliwość, a dopóki nie czuć przymusu, wyczerpania, dopóty wariacje tego samego przysparzają szczęścia. Dlatego nie postrzegam „Alp” jako zjadania własnego ogona, prostej translacji działających zagrań na inny grunt, lecz stworzenie wykreowane z potrzeby, niby znajome acz rezonujące z myślami oglądającego. Lanthimos znowu więc patrzy na dysfunkcyjne społeczeństwo, znowu operuje syntetycznymi dialogami, po raz kolejny stwarza świat, który surowością i nieprzystępnością wyniszcza swych obywateli. Tak długo, jak potrafi mnie poruszyć, tak długo kroczyć będę przy jego boku.

W „Alpach” wszyscy grają, członkowie tytułowej grupy zastępują ludziom ich zmarłych bliskich, aby ułatwić stratę, odtworzyć choćby chwilę z ukochanym; jednak operowanie kilkoma personami, ewokując namiastkę martwych, zatracają sami siebie. Obserwacja obecnej tu szamotaniny bywa bolesne, zależności niejasne, a wszechobecna powściągliwość – w udostępnianiu informacji, uczuciach, reakcjach – odpycha i przyciąga zarazem. Pragnienie zrozumienia miesza się ze współczuciem, zdziwieniem, odrazą, czy zagubieniem, przezwycięża jednakże wszystko, by być bliżej tej rzeczywistości. To zawsze uwodzi – chęć oswojenia innego wymiaru i reżyser doskonale to wykorzystuje, dawkując fakty oraz niuanse w odpowiednim tempie. Nie buduje żadnego napięcia, po prostu, cegiełka za cegiełką, coraz wyraźniej zarysowuje wszelkie kontury.

Strona wizualna doskonale nakreśla trawiące każdego osamotnienie. Sterylne, przygaszone przestrzenie i nieruchome kadry spinające poczucie wyobcowania dają niejako namacalne wyobrażenie o kondycji ludzkiego umysłu, duszy. Interesująco ukazane są też sceny uścisków, ciał nawzajem przytulonych – nienaturalne, niezręczne, wypełnione cichą umownością stają się wymownym podsumowaniem filmu. Filmu tak obojętnego, a przecież ścierającego wewnątrz skrajne emocje. I być może nie jest to najlepszy wstęp do konstelacji Lanthimosa, ale na pewno obraz ciekawie uzupełniający inne jego projekty. Prawdą jest, że pod koniec „Alpy” zatracają rytm, a spectrum potencjalnych zachowań bohaterów nie jest zbyt szerokie, toteż ostatnie minuty, choć konsekwentne, mogą nieco nużyć. Niewielka to jednak cena za cokolwiek wartościowego.

Kacper Poradzisz